Translate this blog

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audio. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 września 2016

Wszystko gotowe

Do premiery mojej książki pozostały cztery dni. Będzie dostępna jako ebook i audiobook - w wykonaniu Wojtka Masiaka - doskonałego lektora. Przygotowana jest też już platforma sprzedażowa - www.sklep.lezuk.pl 
Zapraszam do jej obejrzenia, uważnie czytajcie to co na czerwono;-) Dopiero o północy 19 września zostaną załadowane pliki i rozpocznie się sprzedaż. 

Ponadto w Warszawie będzie można wpaść na spotkanie ze mną i Sylwią i posłuchać o wyprawie Żukiem do Afryki z pierwszej ręki. Serdecznie zapraszamy, a poniżej plakat wydarzenia.


wtorek, 6 września 2016

Jakoś trzeba sobie radzić...

Wiecie że napisałem książkę o naszej szalonej podróży Żukiem przez całą Saharę. Wiecie że chciałem ją wydać. Wysłałem do wydawnictw zainteresowanych tego typu tematyką, Odmówiły. A to które wydało dokładnie tego typu książki - nawet nie raczyło odpowiedzieć. A tymczasem znajomych mam różnych i różnym dałem do przeczytania. Jedni amatorsko, inni zawodowo ocenili. I oceny były jednoznaczne - to ma sens i jest dobre i miłe w czytaniu.

Dlatego postanowiłem zdecydowanie wydać to samodzielnie. Jest XXI wiek, są komputery i inne cuda. Zostałem swoim własnym wydawnictwem. Mam numery ISBN. I właśnie wydaję swoją książkę. Będzie ebook i audiobook do posłuchania. Wersji papierowej na razie nie będzie. Papier to problem z kosztami, magazynem i dystrybucją. Dlatego wybaczcie. Mam co prawda pomysł na limitowaną serię, ale to się zobaczy...

Premiera 20 września. Tak, na Facebooku pisałem że dziesiątego, ale nie dam rady fizycznie. Jeśli chcecie pomóc mi w promocji - podeślijcie link do tego posta swoim znajomym, wrzućcie na fejsa itd. Bardzo mi się to przyda. A czy warto? Ci co nie śledzą naszego Facebooka - nie wiedzą że istnieje wersja próbna audiobooka - dostępna za darmo na Youtube.


Jeśli się spodobało - proszę o udostępnianie;-)
Nagrania dokonuje Wojtek - jego strona na fejsie - https://www.facebook.com/majselbaum/?fref=ts
Gorąco polecam - ma niesamowity głos i przeczytał sporo fajnych książek.

A niebawem dalsze informacje...

niedziela, 28 września 2014

Powyjazdowe technikalia

Nasza podróż to już niestety historia. Tym niemniej konieczne staje się pewne techniczne podsumowanie wyprawy, być może nasze wnioski przydadzą się komuś, kto planuje swoją. Zacznę od zestawu wielu liczb;)

Przejechaliśmy w sumie 5497 km (pomiar wg GPS obsługiwanego przez Tmatic). Zajęło nam to dwa pełne tygodnie niemal co do godziny. Startowaliśmy i kończyliśmy z tego samego miejsca - France Automobiles Service przy Zagójskiej 7a w Warszawie. To tam bowiem powstał Le Żuk v. 1.0. Numerek sugeruje że coś się wydarzy, ale nie uprzedzajmy faktów.

Totalnie nie wiemy ile spaliliśmy ogólnie paliwa, bo nie chciało nam się prowadzić aż tak ścisłych notatek, dokonaliśmy tylko kalibracji licznika kilometrów wg wskazań GPS - przelicznik wyniósł 1,61. Stosując tenże przelicznik, spisywaliśmy czasem stan licznika kilometrów i wyliczaliśmy zużycie paliwa. Najniższe uzyskane to 8,8 l / 100 km - jazda autostradą z prędkością 65-75 km/h bo jechał za nami wolniejszy Żuk. Najwyższe zużycie to 12,5 l / 100 km - kiedy pędziliśmy przez Austrię stówką. Średnie zużycie oceniamy na jakieś 11 l / 100 km - co jak na ważące 2,5 tony auto jest wynikiem doskonałym.

Żuk spalił około jednego litra oleju na całej tej trasie. Jak na silnik o dość starej konstrukcji, a do tego pracujący podczas wyprawy w dość ekstremalny sposób - wynik uważamy za wręcz cudowny;-) Nie kopcił zupełnie, poza momentem rozruchu na zimno. Potem z rury nie wydobywały się kłęby dymu, ani nieprzyjemny zapach palonej ropy. Płynu chłodniczego dolaliśmy ok. 0,5 litra. Poza tymi drobiazgami - inne płyny dolewane nie były.

Najwyższa zanotowana prędkość to 113 km/h (według GPS), osiągnięta na płaskim odcinku autostrady. Bez problemu rozwijaliśmy przelotową na poziomie 90 km/h, a po regulacji luzu w układzie kierowniczym wzrosła ona do 100 km/h. Średnia prędkość przez Austrię wyniosła 92 km/h. Przypominamy że fabryka w Lublinie określała maksymalną prędkość dla Żuka z Andorią na 95 km/h. Faktem jest że sporo dała nam skrzynia z Lublina, ale podejrzewamy też że nasz silnik nie był składany w poniedziałek i ma nieco więcej niż seryjne 70 KM. Szukamy hamowni gdzie zmieści się na wysokość, bo bardzo chcemy to sprawdzić.



Najwyższe wzniesienie na jakie jednorazowo wjechaliśmy to górka niedaleko Arenzano we Włoszech. Na dystansie 950 metrów wznieśliśmy się z poziomu ok. 18 m npm, do 255 metrów. Nachylenie stoku wynosiło 18 stopni!



Najwyżej wjechaliśmy w Andorrze - na wysokość 2113 metrów. Całkowita suma podjazdów i zjazdów z tego dnia wyniosła 22483 metry pod górę i 22623 metry w dół! Średnia prędkość w górach oscylowała wokół 10 km/h.

Odwiedziliśmy dziewięć krajów, z czego ja sam po raz pierwszy sześć z nich. Reszta załogi różnie, ale każde z nas po raz pierwszy było w Andorrze.

Tyle liczb, a teraz nieco wniosków, konkluzji i sugestii;-) 

Na pewno zaprocentowało przygotowanie auta. Spisywało się bez zarzutu, nie zawiodło ani razu. Zawiedliśmy my sami, nie dokonując codziennych kontroli stanu auta - mogło nas to drogo kosztować - odkręciło się przednie koło. Na szczęście zdążyliśmy to wyłapać na czas, aczkolwiek uważam że zbyt późno. Felga raczej nadaje się tylko na zapas, wymienić trzeba też szpilki. Nauczka z tego płynąca to po pierwsze codzienna kontrola stanu dokręcenia kół (ważne przy takiej trasie), oraz w przypadku pojawienia się jakiegoś rezonansu - najpierw sprawdzić dokręcenie kół, a potem kombinować czy to może most, poduszki silnika, czy wał.


Niepotrzebny zupełnie okazał się prysznic na dachu. Spaliśmy na campingach gdzie ciepła woda była standardem, a jedyny camping na dziko wypadł w dość chłodny wieczór i nikt nie marzył o kąpieli w niezbyt ciepłej wodzie;-) W przypadku wyjazdu w południowe kierunki na terenie Europy - nie ma co go ze sobą zabierać. Nie znaczy to że się nie przyda oczywiście - po prostu nie przydał się nam, w tej wyprawie.

Zabrakło haczyków na ubrania w kabinie. Niby drobiazg, ale uciążliwy. Kilka bluz, polarów i innych części odzienia mogłoby wisieć, zamiast zajmować miejsce za fotelami. Ponadto zdecydowanie brakowało kilku podręcznych schowków z tyłu. Do dorobienia.

Nie przydały się zupełnie maszty i tarp do rozpinania w trybie obozowym - cały czas mieliśmy cień dawany przez drzewa, a deszczu w czasie obozowania nie było - stąd brak jego rozkładania. Gdybyśmy jednak mieli obozować gdzieś na dziko - byłby być może bardziej przydatny. Na pewno pojedzie na każdą inną wyprawę bo może się przydać, a jest dość uniwersalny.

Zmodyfikować musimy nieco wyposażenie campingowe - przyda się duży stół który łatwo się rozkłada. W czasie wyjazdu gdzie prawie codziennie składa się obóz nie mają zastosowania różne cuda campingowe typu polowa szafka kuchenna. Mieliśmy taką, ale nikomu nie chciało się jej rozkładać na jednodniowe obozy. Świetnie sprawdzała się natomiast na dłuższych postojach.


Znakomicie sprawdził się grill gazowy z Juli za 24 złote. To okrągła płyta metalowa kładziona na kuchence typu Camp Bistro. Pozwala natychmiast rozpocząć grillowanie mięsiwa, bez całego cyrku z rozpalaniem klasycznego grilla i dymem z niego. Co ważne - można jej użyć tam gdzie zwykłe grille są zakazane. Jedyną wadą jest zużycie gazu z puszek, ale coś za coś.



Czajnik Survival Kettle też okazał się nieoceniony. Tam gdzie pod dostatkiem było patyczków - gotowaliśmy w nim wodę. Gdzie patyczków brakowało - odrobina paliwa ZIP i papier z kartonów zapewniały wrzątek. Dzięki temu mogliśmy szaleć z grillem, bo oszczędzaliśmy gaz. Na zintegrowanej kuchence można było zaś spokojnie smażyć używając tego samego źródła ognia;-)



Spanie w hamakach to temat na całą opowieść. Generalnie budziliśmy się wyspani, bez odkrywania nowych ścięgien i mięśni. Żuk znakomicie sprawdził się w całej podróży jako jednostronna baza do podpięcia dwóch hamaków. Jedną noc spędziliśmy śpiąc między dwoma Żukami (z identycznymi bagażnikami), a jedną śpiąc tylko między drzewami. Pierwszych sześć nocy rozpinaliśmy tarp, bo pogoda była niepewna, ale wszystkie pozostałe spędzaliśmy bez ochrony przeciwdeszczowej.

Ponieważ jechaliśmy w pięć osób, a dwójka spała w hamakach - pozostała trójka nocowała w dużym namiocie Quechua z szybkim rozkładaniem. Był on nieco uciążliwy w transporcie bo zajmował sporo miejsca, ale dopracowaliśmy upychanie go pod dachem w bagażniku, a dzięki niemu codziennie oszczędzaliśmy ok. 10 Eur - bo ok. 5 Eur kosztowało średnio rozbicie jednego namiotu. Płaciliśmy więc za jeden a nie za trzy. Hamaki zupełnie wymykały się z opłaty i nikt nie żądał od nas kasy za ich rozwieszenie, nawet jeśli rozpięty nad nimi był tarp.

Nie udało nam się znaleźć załogi z którą dobrze podróżowało by się razem na całej trasie. Albo ich auto było za szybkie albo za wolne. Na pewnych odcinkach jechaliśmy z różnymi ekipami, ale najlepiej jechało się nam kiedy byliśmy sami i niezależni. Wówczas podejmowaliśmy różne szalone decyzje typu skok z Arenzano do Lloret de mar - 772 km, lub z Wenecji do domu - 1288 km.

Warto było zainwestować w nowe koła z ogumieniem. Wiele ekip miało problemy z kapciami, opony potrafiły eksplodować na trasie. U nas jedyne co trzeba było zrobić to eksperymentalnie dobrać ciśnienie w oponach. Z tyłu stanęło na 4,2 a z przodu na 2,8 atm. Przy takim ciśnieniu opony się praktycznie nie grzały i nie ulegały gwałtownemu zużyciu. Zdecydowanie w taką trasę nie wybralibyśmy się na słabych oponach wioząc bez sensu kilka zapasów. Mieliśmy dwa, nie przydał się żaden, w połowie drogi oddałem ten z podwozia innej załodze.

Dobrze sprawdziła się przetwornica 230V i przebudowana elektryka. Nie mieliśmy żadnych problemów z prądem, poza wywaleniem od czasu do czasu bezpiecznika automatycznego 15A na linii separatora. Był po prostu za słaby jak na lecące obciążenie. Zmienię go na większy i to wyeliminuje problem. Przydały się woltomierze cyfrowe, dzięki nim było cały czas widać czy system pracuje poprawnie.


Świetnie sprawdziła się nawigacja w tablecie, mimo że czasem próbowała wysłać nas w krzaki. Po oswojeniu się z jej narowami i głupimi pomysłami - bez problemu jechaliśmy przez Europę trafiając gdzie chcemy;-) Tablet był dobrze widoczny dla kierowcy i pilota, aczkolwiek brakowało lepszego odsłuchu komunikatów głosowych - był przygotowany głośnik obok głośnika od CB, ale niestety nie przewidziałem że wtyczka do tabletu jest zbyt długa i nie pozwoli go poprawnie umieścić w desce. Dlatego też kiedy słychać było że navi coś mamrocze - pilot i kierowca po prostu spoglądali na ekran i dociekali jaki manewr teraz wykonać;-)

Sprawdziło się znakomicie wygłuszenie maszyny. Pełne ściany poza izolacją akustyczną świetnie izolowały termicznie. W aucie nie było gorąco, słońce nie miało szans nagrzać go do absurdalnych temperatur, bo operowało tylko przez oszklenie. Warto było się pomęczyć z całą tą robotą - niepotrzebne były wiatraczki i inne cuda, w Żuku ciężko się było spocić;-)

Nie sprawdził się system audio. Mimo znakomitego dźwięku systemu i dobrego wyciszenia auta - nie dało się sensownie słuchać muzyki podczas jazdy. Owszem, słuchaliśmy, ale zawsze wtedy nie dało się już rozmawiać. Na postojach zaś delektowaliśmy się ciszą;-) Nic straconego jednak - jeszcze nadejdzie czas że słuchanie podczas jazdy będzie możliwe.

Po podsumowaniu całej imprezy zapadła decyzja o budowie Le Żuka v. 2.0. Już niebawem poznacie szczegóły;-)

środa, 21 maja 2014

Jest moc audio;-)

Dzisiaj mało czasu i mało sukcesów. Podłączyłem separator napięcia, dzięki czemu działa poprawnie ładowanie akumulatorów obu, oraz wykonałem zestaw kabelków do zasilania dodatkowych akcesoriów i przetwornicy. Później zaś zająłem się montażem zwrotnic i głośników wysokotonowych z tyłu. Cały zestaw gra teraz bardzo ładnie, z wyraźnym, soczystym basem. Czuć jak głośniki uczciwie pracują;-)

Na tym kończą się dzisiejsze sukcesy z braku czasu;-( Za to maszyna dziś wieczorem jedzie na spotkanie Youngtimer Warsaw, gdzie wpadnie kilka Złombolowych autek. Zrobię trochę fotek Grzmiącego Rydwanu na tle innych Żuczków;-)

czwartek, 15 maja 2014

Dużo dobrego

Dzisiaj działo się dużo, a nawet bardzo dużo. Z rana przywiozłem gustowne kieszenie siatkowe na drzwi (35 zł sztuka), bo mi jakoś tak łyso wyglądały po zamontowaniu głośników. Kieszonki pasują bardzo ładnie i można wetknąć w nie jakieś drobiazgi. Każda przykręcona jest pięcioma blachowkrętami, przez panel tapicerski, wprost do blachy drzwi. Zadowolony z efektu montażowego pojechałem Le Żukiem do specjalnego Pana który pobrał mnóstwo rozmaitych wymiarów i na juto dotnie mi dwuczęściową płytę grodziową. Dzięki temu oddzielę na stałe bagażnik od kabiny. 


W trakcie podróży do stolarni słuchałem sobie muzyki z nowiutkiego systemu audio, oraz wentylowałem głowę za pomocą szyberdachu;-) Po drodze podjechałem po paliwo na stację. Tam przed dystrybutorem stał Passat w kombiku i tedeiku, w którym nowiutkie laczki aluminiowe dmuchał pan w niedzielnym zestawie dresowym. Pan w dresiku obciął Żuka od góry do dołu z pełnym wyrazem obrzydzenia na paszczy. Normalnie aż mi się zrobiło przykro, taka z jego oczu i twarzy biła siła wyższości i profesjonalnej zajebistości. Potem obaj tankowaliśmy swoje furki. Pan dresik za 30 zeta, a ja do pełna za 200. Już nie miał takiej cudnej miny przy kasie jak usłyszał za ile weszło do Żuka;-) Zobaczyłem za to żal i zazdrość. To było miłe uczucie, patrzeć jak dres cierpi;-)


W drodze powrotnej kupiłem prawie trzymetrowy płaskownik aluminiowy za 25 zł - posłuży do wykonania różnych uchwytów do akcesoriów. Po powrocie z przymiarek i pomiarów - zająłem się całą serią drobiazgów. Na pierwszy ogień poszło zamocowanie wentylatora chłodnicy. Z płaskownika wyciąłem odpowiedni kawałek, naciąłem i wygiąłem w pożądaną stronę. Parę dziurek i wentylator zamocowany do jednej ze śrub od zamka maski. Na dole jak pewnie pamiętacie - swoimi kołkami trafia w otwory w specjalnie wspawanym profilu. 


Wpadł kolega i pomógł mi w wykonaniu paru drobiazgów, dzięki czemu praca poszła szybciej. Przetestował tez PapaMobile - czyli Le Żuka w obecnej konfiguracji fotelowej;-) Razem popracowaliśmy nad przesunięciem prawego halogenu bardziej w prawo. W tym celu dospawałem do wykonanego wcześniej mocowania kawałek profilu i halogen został przesunięty o brakujące 6 cm. Teraz jest równo i mnie nie wkurza;-)


Rozgrzani takimi sukcesami - wymyśliliśmy jak zainstalować zbiorniczek spryskiwacza z pompką, aby było to solidne, proste i wygodne. Znajdzie się on z boku chłodnicy, będzie banalnie prosty dostęp do wlewu i Żuk wreszcie będzie miał normalny spryskiwacz zamiast tej deptanej parodii. Zbiorniczek tym razem nie jest z Citroena - ale z Renaulta;-)


Niestety czas biegł nieubłaganie naprzód i mimo chęci trzeba było zakończyć zabawę na dziś. Ale to nie koniec notki ;-) W międzyczasie kurier dostarczył separator napięcia za całe 150 zł. Pozwoli on bezpiecznie korzystać z dodatkowego akumulatora. Po podłączeniu układ będzie działał następująco - cała dotychczasowa instalacja elektryczna zostaje bez zmian, czyli tak jak ją policzyli konstruktorzy. Dzięki temu nie ma obaw o problemy z ładowaniem akumulatora podstawowego. Wszystkie dodane przeze mnie urządzenia będą zasilane z akumulatora dodatkowego (radio, cb radio, szyberdach, halogeny, itp.). Akumulatory połączy wspomniany separator. Po rozruchu silnika, alternator ładował będzie akumulator główny. Kiedy ten zostanie naładowany do ok. 80% pojemności - separator załączy ładowanie akumulatora dodatkowego. Podczas odcinków jakie planujemy robić dziennie, czyli ok. 500 km - alternator spokojnie nakarmi oba akumulatory (sprawdzone podczas pamiętnej podróży kiedy kupiłem Żuka). Na postoju zaś separator pozwala czerpać owym urządzeniom z akumulatora dodatkowego i ok. 20% z głównego. Później odcina główny, aby rano dało się odjechać;-)

Całości systemu akumulatorowego dopełnią dwa cyfrowe woltomierze dzięki którym będę wiedział w jakiej kondycji jest dany akumulator i czy jest w tej chwili ładowany czy też nie. Woltomierze znajdą się na półce, obok przełączników od halogenów dachowych i oświetlenia campingowego.

Oprócz separatora dojechało też dzisiaj trochę drobiazgów elektrycznych niezbędnych podczas całej pracy - w sumie na duperelki wydałem 52 zł. 



Na koniec dzisiejszej notki - informacja dla ewentualnych naśladowców chcących wstawić fajne fotele przednie. Uważni i wierni czytelnicy wiedzą że moje pochodzą z Citroena BX w wersji GTi. Wiecie też że fotel pasażera daje się łatwo zdjąć, aby był dostęp do akumulatorów. Nie wiecie jednej rzeczy, o której ja sam zupełnie zapomniałem;-) Otóż w fotelach BX można wyciągać samo siedzisko. Dzięki temu dostęp do akumulatorów jest banalny. Nie da się ich w ten sposób wyjąć, bo przeszkadza konstrukcja fotela, ale jest dostęp do klem i można np. szybko dokonać pomiarów, albo je zdjąć, albo zrobić cokolwiek innego co jest nam potrzebne do szczęścia;-) Dlatego też zdecydowanie podkreślam że warto takie fotele zdobyć. Mogą być dowolne (niekoniecznie GTi) bo konstrukcja wszystkich w tym modelu jest taka sama. Różnią się jedynie tapicerką i kształtem - mechanizm jest ten sam.

I to już koniec na dziś;-)


środa, 14 maja 2014

Grzmiący Rydwan ryczy!

Dzisiaj nie miałem wiele czasu, zresztą zupełnie nie planowałem wizyty przy Żuku, ale tak się złożyło że udało mi się wykroić dwie godzinki. Pojechałem więc zainstalować otrzymane wczoraj głośniki (dzięki Michale). Otrzymałem śliczny komplecik głośników ze zwrotnicami i gwizdkami Hertz. Jako że dotarła tez brakująca spinka podłokietnika - mogłem zamontować ostatni panel tapicerski drzwi. 

Fotka stara, ale patrzcie na drzwi i otwór w nich.

Przygotowałem głośniki (niskotonowe pochodzą z Citroena C5) wlutowując przewody wprost w złącze bo nie chciało mi się dobierać pasujących wtyczek. Następnie szybka seria pomiarów, wytyczenie miejsca montażu i odwiert. Chciałem trafić z głośnikiem w owalny otwór znajdujący się w drzwiach i w obu przypadkach się to udało;-) Głośniki sa przykręcone trzema śrubami wprost do panelu tapicerskiego i jednym blachowkrętem poprzez panel w blachę drzwi. Inaczej się nie dało - ten owalny otwór jest po prostu szerszy niż punkty montażowe głośnika.

 

Po zamontowaniu paneli na drzwiach - całość sprawia bardzo estetyczne wrażenie. Dodam jeszcze siatkowe kieszenie na drobiazgi i drzwi mam skończone;-) Niestety nie ma jak estetycznie przeprowadzić przewodu głośnikowego do drzwi, musi być na wierzchu. Z tego powodu zastosowałem bardzo pancerny kabel aby nie zużył się zbyt szybko. Zwrotnice i gwizdki leżą na razie na desce, ale podłączyłem radio i wykonałem szybkie testy systemu audio - wszystko działa bardzo sympatycznie jak na moje gumowe ucho;-) Jak zrobię przegrodę tylną i umieszczę w niej kolejne 4 głośniki to przemyślę opcjonalny subwoofer o ile basu będzie za mało;-)

Na dziś to wszystko, jutro biorę się za przegrodę. Mam nadzieję ze uda się ją zrobić w jeden dzień...

Ads