Translate this blog

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trasa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 stycznia 2016

BB2016 - Grzmiący Rydwan w trasie

Jedziemy i jedziemy. Drugi tydzień. Jak 13-go stycznia wystartowaliśmy z Warszawy, tak ciągle jedziemy. Przygód mnóstwo, ale czasu na ich opisanie brak. Dlatego artykuł powstanie jak wrócimy, długi, wyczerpujący, z milionem zdjęć. A do tego czasu - zaglądajcie na naszego Facebooka - jest dostępny dla wszystkich, nawet tych nie mających konta. Tam publikujemy w miarę na bieżąco relację z naszej szalonej podróży;-)

https://www.facebook.com/grzmiacyrydwan/

niedziela, 22 listopada 2015

BB2016 - jest niebezpiecznie w Bamako

Wszyscy chyba słyszeli że 20 listopada w Bamako doszło do ataku na luksusowy hotel i wzięto zakładników. Specjalnie nie pisałem nic tuż po fakcie, czekając aż sytuacja się uspokoi i będą dostępne pełne dane (a przynajmniej pełniejsze). Cała operacja zakończyła się tego samego dnia, oficjalne dane mówią o 21 zabitych, w tym dwóch zamachowcach. Nic przyjemnego, ale oczywiście pojawiły się pytania o nasze bezpieczeństwo i chęć podróży w tamten rejon. I tutaj po chwili zastanowienia - nic się nie zmienia. 


Ktoś powie - przecież to głupota, możecie stracić życie, narażacie się na wielkie niebezpieczeństwo, nie prowokujcie sytuacji. Owszem, ryzykujemy, a Ty drogi przyjacielu spałeś na matematyce, kiedy o rachunku

niedziela, 1 listopada 2015

Twitter - nasz nowy kanał komunikacji

Zawsze podchodziłem do Twittera jak pies do jeża. Na co komu coś co pozwala raptem sto znaków z hakiem wysłać. Jednakże jest to dość popularny kanał informacji, a do tego łatwiej będzie nam nieraz nadać szybkiego tweeta niż pisać dłuższy kawałek na bloga, czy Facebooka. Dlatego też stworzyłem konto które możecie sobie oczywiście dodać do obserwowanych (warto;-).

Zatem link do konta Grzmiącego Rydwanu - https://twitter.com/PiotrBiegala


A tymczasem do startu pozostało już tylko dwa i pół miesiąca;-) Poniżej kilka zdjęć ze zwiadu,

piątek, 23 października 2015

Druga część filmu

Trochę to potrwało, bo materiału w sumie jakieś 400 GB, a z pomysłem na montaż ciężko;-) Szło mi jak po grudzie, nie mogłem się zebrać, ale jakoś w kilka dni udało się złożyć gotowy plik. Kilka ostatnich szlifów i oto gotowy film ujrzał światło dzienne. Nie jest może doskonały, w końcu jestem tylko amatorem, ale to film z naszej przygody i jej klimat miał oddać jak najlepiej. Mam nadzieję że ten cel został osiągnięty. Zapraszam do obejrzenia.



czwartek, 24 września 2015

Czarnogóra

W czasie naszej tegorocznej podróży dookoła Bałkanów zaliczyliśmy kilkanaście różnych krajów. Czasem na chwilę, czasem na dzień, niestety rzadziej na dłużej (tylko Chorwacja doczekała się pełnych dwóch dni). Takie zwiedzanie jest nieco po łebkach, ale traktowaliśmy je jako rozpoznanie bojem, aby oznaczyć to co warto zobaczyć ponownie, dogłębniej i staranniej. Dlatego też staraliśmy się zobaczyć na raz jak najwięcej;-)

Przejście graniczne Chorwacja-Czarnogóra

                                              Przejście graniczne Chorwacja-Czarnogóra

Wjazd do Czarnogóry od Chorwacji, kawałek za Dubrownikiem. Bardzo dziwne przejście graniczne - bo mamy wrażenie że pas "ziemi niczyjej" ma 4 km. To złudzenie - wyjeżdża się bowiem z Chorwacji i jedzie wzdłuż (a nie w poprzek)

czwartek, 10 września 2015

Złombol 2015 - relacja filmowa

Wczoraj dostałem ataku weny twórczej, usiadłem do komputera i po kilkunastu godzinach mozolnego cięcia materiału stworzyłem finalne dzieło. W sumie przywieźliśmy prawie 400GB materiału filmowego z pięciu kamer, sporo czasu zajęło przejrzenie tego, wyrzucenie co zbędne, zsynchronizowanie czasów i ułożenie w głowie co ma z tego powstać. To wcale nie taka prosta sprawa;-)


Film opowiada tylko o czterech Złombolowych dniach, zupełnie pominąłem w nim to co...

sobota, 8 sierpnia 2015

7 dni...

Dokładnie za siedem dni znajdziemy się pod Spodkiem w Katowicach i o 12:00 wyruszymy w trasę Złombola 2015. Przejedziemy wraz z innymi załogami 1500 km po Europie, z czego ostatnich 500 kilometrów będzie bardzo trudnych i wymagających. Pokonamy Alpy i zdobędziemy metę. Krótko odpoczniemy i ruszymy dalej - do Albanii. Wrócimy zaś przez Bułgarię i Rumunię, oraz nasze Bieszczady. Będziemy spać głównie na dziko, delektując się pięknem przyrody i ciesząc naszym towarzystwem. Po raz drugi jedziemy w tym samym składzie co do człowieka;-) Nie możemy się już doczekać...

Zebraliśmy jako załoga ok. 3000 zł czyli udało się nam przebić minimum dwukrotnie. Bardzo nas to cieszy, bo wiemy że każda złotówka to pieniądze zainwestowane w przyszłość innych, dzisiaj jeszcze niedorosłych - ludzi. Niech posłużą jak najlepiej. 

Auto mamy tradycyjnie prawie gotowe. Z listy Do Zrobienia udało się odhaczyć kilka punktów, a ze względu na brak czasu i koszmarne upały - część prac została skreślona. Maszyna spokojnie dojedzie do celu i wróci. Bez obaw. Co ciekawe - w tym roku na naszym kierunku jedzie (poza Złombolem) jeden Żuk i jeden Lublin. Podróżowanie takimi autami staje się chyba modne;-)


Co zabieramy w tym roku ze sobą? Nieco zmodyfikowaliśmy listę wyposażenia. Jedzie więcej hamaków i jeśli będzie taka możliwość terenowa, to czwórka z nas może spać w hamakach. Bierzemy też dwa namioty szybkorozkładające, aby w razie totalnego braku drzew mieć jak spać;-) Pakujemy się tym razem w plastikowe skrzynki, co ułatwi nam rozkładanie i zwijanie obozu. Mamy lodówkę kompresorową, dzięki czemu piwo będzie naprawdę zimne i to bez zarzynania akumulatora;-) Przyda się również prysznic dachowy, wreszcie w tym roku przetestowany, nawet dokupiliśmy do niego "podłogę" z kawałka solidnej gumy;-)

Czego się boimy? Jako grupa - właściwie niczego. Wiemy że możemy na siebie wzajemnie liczyć i że damy sobie radę. Są oczywiście obawy o upał, o stan maszyny, o naszą kondycję. Mamy zeszłoroczne doświadczenie, które teraz procentuje - wiemy czego nie zabierać i jak sobie radzić...

Z części zapasowych mamy zapakowany następujący zestaw:
  • pompa paliwa mechaniczna (bardziej jako pomoc dla kogoś)
  • pompa paliwa elektryczna (do naszej maszyny, na wszelki wypadek)
  • ręczna pompa paliwa z przewodami paliwowymi
  • uszczelki pompy paliwa mechanicznej
  • uszczelki do wtryskiwaczy (żarowe i miedziane)
  • komplet przewodów wtryskowych
  • czujnik STOP
  • cylinderek hamulcowy
  • gumy resorów
  • uszczelka pod głowicę
  • korek do chłodnicy
  • pompa wody do Andorii (bardziej dla lepszego samopoczucia niż z potrzeby)
  • zapas płynów ustrojowych
  • narzędzia i pudełko z "przydasiami"

Info powyższe celowo szczegółowe, na wypadek jakby jakiś złombolowicz na trasie potrzebował czegoś z naszego zestawu ratunkowego. Na takie okazje jest też specjalny plik w Google Docs, gdzie każdy może wpisać co zabiera. W zeszłym roku taki plik ratował sytuację kilku załogom. 

Co ma być to będzie;-)


sobota, 25 lipca 2015

Dzieje się...

Dzisiaj długi wpis, zawierający mnóstwo informacji, bo dużo się działo i dzieje, a pisać nie ma kiedy;-( Zaczynam od raportu o stanie auta, a potem opiszę skrystalizowane plany.

Jak pamiętacie Żuk wrócił do Warszawy na lawecie (w ostatnią niedzielę) i niestety do dzisiaj stoi na podnośniku. Została wyjęta pompa wtryskowa i wtryskiwacze, zdemontowana pompa hamulcowa, rozpięty układ paliwowy. Układ wtryskowy zwiedził serwis, gdzie okazało się że uległa przytarciu jedna sekcja w pompie (rok temu założone wszystkie nowe), oraz niezbędna była wymiana kompletu końcówek wtryskiwaczy. W sumie lżej o 800 zł. Do tego doliczyć trzeba 82 zł za nową pompę wstępną - stwierdziłem że chcę mieć pewność i gwarancję świętego spokoju. Na deser zaś 255 zł za nową pompę hamulcową Lucas. Tyle wydatków...

Auto poskładałem w piątek, silnik zagrał bez zarzutu, ale zabrakło czasu aby wykończyć drobiazgi i Le Żuk nie zjechał z podnośnika. Liczę że w poniedziałek się uda. 

Teraz trochę informacji o układzie hamulcowym. Wiecie (albo i nie;-) że mam założone tarczowe hamulce z Lublina z przodu auta. Niestety był z nimi pewien problem - znikał hamulec przy pierwszym hamowaniu po zmianie kierunku jazdy (przód-tył). Szukałem przyczyny bardzo długo i okazała się nią pompa hamulcowa - otóż stara, Żukowa pompa PHS-25 nie nadaje się do tarczowych hamulców, a w Lublinach montowano ją do końca 1996 roku - kiedy to zaprzestano produkcji Lublinów z bębnami z przodu! Dlatego też konieczny okazał się montaż pompy z Lublina - Lucas LSW80. 


Posiadałem takową na składzie, pozyskaną rok temu na szrocie, ale niestety okazało się że użytkownik (idiota) nalał do niej jakiegoś czerwonego płynu. Wszystkie uszczelki spuchły i pompa szmelc. Stąd konieczność zakupu nowej. Montaż dość banalny - cztery nowe otwory w grodzi, zaspawanie wgłębienia z pedale hamulca i podpięcie całości do układu hamulcowego. Działa. Niestety czeka mnie jeszcze przerobienie nawiewu na przednią szybę bo serwo nieco większe i koliduje...

Do zrobienia pozostało trochę drobiazgów, czasu może wystarczy;-) W międzyczasie przyjechała nowa kuchnia do Żuka, ale o niej zrobię osobny artykuł, bo wymaga jeszcze pewnych prac. Cierpliwości;-)

Wyklarowaliśmy też naszą planowaną trasę i nadal szukamy chętnych do odbycia jej razem z nami. Trasa zakłada odwiedzenie szesnastu państw w szesnaście dni, przejechanie dwóch wysokich przełęczy górskich (Transalpina w Rumunii niestety wypadła z planu z braku czasu) i dobrą zabawę. 

Oto nasz plan (noclegi są z grubsza orientacyjne):


W dniach wygląda to z kolei tak:

Dzień podróżyDataDystans dziennyCel
114.08296Dojazd do Katowic
215.08382Camping Neue Donau, Campingplatz Ost, 1220 Wien, Austria
316.08644Seecamping Bregenz, Hechtweg 2, 6900 Bregenz, Austria
417.08209Camping North Wind s.n.c., Via Case Sparse, 170, 22013 Domaso CO, Włochy
518.08159Kiefernhain, Via Pineta, 37, 39026 Prato Allo Stelvio BZ, Włochy
619.08302Wenecja, via Orlanda, 16 30173 CAMPALTO, VENICE (ITALY) - rezerwacja
720.08442Zadar (Chorwacja)
821.08158Split (Chorwacja)
922.08291Kotor, Autocamp Verige (Czarnogóra)
1023.08146Camping Riviera Shëngjin (Albania)
1124.08181Camping Camping Sunrise Kalishta 6330 Macedonia
1225.08400Camping Verila Bungalows Sapareva Banya Bułgaria
1326.08359Slatina
1427.08227Bungalow Balea Transfagarasan Balea Glajeriei,Nr.711 Cîrţişoara 557075 Rumunia
1528.08427Kentaur SRL - Centru Ecvestric si de Recreere - Camping Atea nr. 100 Dorolț 447131 Rumunia
1629.08315Smerek
1730.08475Warszawa
1831.08rezerwa
5413
Suma 5413 km jak znam życie to urośnie do ponad 6000. Odcinki są policzone aby się zbytnio dzień po dniu w aucie nie męczyć i miło spędzać czas. Po ubiegłym roku wiemy na ile możemy sobie pozwolić. 

Na zakończenie sprawy finansowe. Nasza załoga zebrała w sumie 2600 zł które popłynęły wprost na Złombolowe konto. Przysłużą się dzieciom - zarówno na koniec tego roku (prezenty świąteczne), jak i mamy nadzieję - w kolejne wakacje dzieciaki znowu pojadą w góry i nad morze. Gdyby ktoś jeszcze chciał wpłacić - to zapraszamy:

Fundacja Nasz Śląsk im. gen.Jerzego Ziętka z siedzibą w Chorzowie przy ul. Łani 1
Prezes Zarządu: Roman Łuczak
KRS 0000198194, NIP 954-246-81-70
Konto 72 1050 1214 1000 0023 2153 3859 (to jest subkonto Zlombol)
Tytul: Zlombol 2015 - Grzmiący Rydwan
Każda złotówka się liczy i każda trafi do dzieci. Ani jedna nie zostanie zużyta na płace, podatki, koszty obsługi itp. 

A do startu pozostało nam 20 dni...

poniedziałek, 25 maja 2015

Le Żuk w Górach Świętokrzyskich

W ramach samodoskonalenia i rozwoju techniki jazdy - postanowiłem nauczyć się prowadzić pojazd po bezdrożach. Praktyczna nauka maszyną 4x4 na szkoleniowym torze, a potem nieco zabawy w lekkim terenie. Jednakże celem najważniejszym było połączenie pewnych technik z prowadzeniem Żuka po szutrach. Na razie nie ma bowiem napędu na 4 kapcie, ale czeka go mały przeszczep kiedyś;-) Plan na ten rok zakłada przejechanie kilku ciekawych miejsc Bałkanów, a nie wszędzie dojedziemy asfaltem, stąd konieczność pobrania nauk. 

Pojechaliśmy Le Żukiem w Góry Świętokrzyskie, do zaprzyjaźnionej bazy offroadowej Camp 4x4 i tam przeprowadziliśmy całe zamierzenie;-) Była to nasza pierwsza wizyta, ale już wiemy że nie ostatnia, bo świetnie jeździ się Żukiem w takich warunkach. Przede wszystkim zaprocentował ubiegłoroczny wybór opon typu AT (AllTerrain), które świetnie spisywały się na Złombolowych asfaltach, a teraz własnie pokazały pazur w błocie. Bowiem niestety padało i padało. Lessowe gleby wymieszane z deszczówką zamieniały się w brązowy ił który zaklejał wszystko;-) 


Żuk zrobił trochę zjazdów i podjazdów, tylko raz się wkopał, ale wystarczyło zwykłe wypchnięcie. Cały czas mieliśmy asystę minimum jednego (a momentami i trzech) auta z napędem na 4 koła, ale poza pokazywaniem trasy - nie musiały nas ratować.


Zobaczyliśmy przepiękne formy skalne, wspaniałe wąwozy, fajne szutrowe drogi, w sumie dużo świetnych doznań. Na Żuku zainstalowaliśmy dwie kamery (plus jedna w dłoniach operatora;-), z których wyszedł chyba nawet fajny film - możecie to ocenić sami;-) Jak się podoba to prosimy łapkę w górę...



Jeździliśmy i jeździliśmy nie mogąc nacieszyć oczu kolorami, widokami, drogami, zwierzyną, drzewami i górami;-)



Co jeszcze robiliśmy? Spaliśmy w naszych ukochanych hamakach, testując przy okazji underblanket, czyli szczątkową kołdrę, podwieszaną pod hamakiem. Zapewnia ona sen w ciepełku, bez konieczności walki z karimatą. I okazało się to prawdą;-) Underblanket działa doskonale i bardzo się przyda na tegorocznym Złombolu.


Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na nas Camp 4x4 - czysto, fajne wyposażenie, jak ktoś lubi spanie w pokojach - to są takowe do dyspozycji, kto zaś woli namiot (lub hamak) - ma wybór między polem namiotowym a stodołą;-)


Od Warszawy to w sumie jakieś 180 km w jedną stronę, a dla miłośników kiczu jest duża atrakcja - betonowy Tupolew prezydencki - w odległości ledwie kilku kilometrów. Jest na co popatrzeć, a oczy pękają same... Niestety stężenie kiczu jest po prostu potworne...




środa, 6 maja 2015

Szukamy partnera Złombolowego

Mamy szerokie plany na to co chcemy robić po Złombolu, o czym zresztą wstępnie wspominaliśmy w tym poście - http://grzmiacyrydwan.blogspot.com/2015/01/klarowanie-trasy.html. Zasadniczo nic nam się nie zmieniło, nadal chcemy ją zrealizować. Aby jednak wyprawa była pełniejsza, fajniejsza, bardziej wow, super i co tam jeszcze - szukamy załogi która z nami pojedzie. I teraz będzie coś na kształt ogłoszenia matrymonialnego;-)

Termin od 15 do 31 sierpnia (z opcją powrotu o dwa dni wcześniej).
Kandydat idealny to ekipa pięciu, sześciu osób w średnim wieku, ale jako że nie jesteśmy starymi ramolami z naftaliną w kieszeniach - może to być ekipa młodzieży - najważniejsze aby nasze i Wasze fale, fluidy i feromony były na podobnym poziomie;-) Z racji bezpieczeństwa i komfortu podróży preferujemy załogę z Żukiem dieslem (Andoria), lub benzynką, ostatecznie Nysa. Chodzi o zapewnienie kompatybilności części, aby każda załoga nie wiozła diabli wiedzą ile gratów. 

Chcemy razem dobrze się bawić i sprawnie przemieszczać, jeśli więc umiecie się w kilkanaście minut skrzyknąć, nie marudzicie na każdym postoju w toaletach i sklepach, oraz błyskiem rozkładacie i zwijacie obóz - to będziemy do Was, a Wy do nas pasować;-) Kolor skóry, używany język, preferencje żywieniowe i seksualne nas nie interesują - akceptujemy po prostu fajnych ludzi;-)

Jeżeli więc jakaś załoga uważa że nasz plan jest fajny (a nie jest on w 100% sztywny, podlegał będzie spontanicznym modyfikacjom) i chce z nami pojechać - niech pisze w komentarzu namiar na siebie - odezwiemy się. 

Na zakończenie - fotka Żuka w Andorze z ubiegłorocznego Złombola;-)


środa, 28 stycznia 2015

Klarowanie trasy

Wstępnie rozpisałem trasę na 15 dni (bez dni odpoczynku). Zawiera ona etapy o różnych długościach, starałem się nie przekraczać 500 km na dzień bo to bywa mordęgą. W zapasie mam dwa dni, możemy też któryś etap "pożreć" robiąc go dodatkowo po kawałku przez dwa dni, co da nam kolejny dzień wolny. Trasa jest nieco na styk, w razie konieczności obetnę z niej z żalem Albanię z Macedonią. Zdecydowanie chcemy zaliczyć w jednej podróży trzy słynne drogi - czyli przełęcz di Stelvio (to akurat proste bo tam meta Złombola), trasę Transfăgărășan  i Transalpinę w Rumunii. Do tego pobyczymy się na plaży, zwiedzimy Wenecję (po raz drugi;-) i zobaczymy dużo krajów. Nie mamy na razie precyzyjnych planów typu - to muzeum, tamten most i to cudowne jezioro. Będziemy jak w roku ubiegłym brali to co jest i cieszyli oczy widokami. 

Trasa zatem przedstawia się na ta chwilę tak: 


Podzielona wstępnie na dni:

Dzień podróżyDataDystans dziennyCel
114.08296Dojazd do Katowic
215.08387Wiedeń (Austria)
316.08622Bregencja (Austria)
417.08118Davos (Szwajcaria)
518.08224Colico Piano (Włochy)
619.08202Prad am Stilfserjoch, (Włochy)
720.08Bankiet i przerwa na mecie
821.08376Wenecja (Włochy)
922.08557Split (Chorwacja)
1023.08381Bar (Czarnogóra)
1124.08271Ohrid (Macedonia) przez Albanię i Tiranę
1225.08407Okolice Sofii w Bułgarii
1326.08533Bradu (Rumunia) - Transfăgărășan 
1427.08436Zalau (Rumunia) - Transalpina
1528.08434Nowy Sącz przez Satoraljaujhely (Węgry)
1629.08367Warszawa
1730.08rezerwa
1831.08rezerwa
5611

Zobaczymy co uda nam się zrealizować, trasa trudna, wymagająca, ale realna. Cenowo przy założeniu ok. 5 zł za litr ON - wydamy na tej trasie ok. 2800 zł. Liczę mocno na to że jak zjedziemy z Włoch w dół - zrobi się nieco taniej z jedzeniem i paliwem, co powinno nam pozwolić na nieograniczone obżerania się w przydrożnych karczmach z prawdziwym regionalnym jedzeniem. W Barcelonie jeden taki wypad potrafił kosztować 120 Euro za pięć osób, a wcale nie pękaliśmy z przejedzenia;-)

Przygotować musimy tym razem paszporty, bo po drodze kilka nieunijnych krajów. Do tego czeka nas nieco trudniejsze rozliczenie bo nie wszędzie będzie Euro - sporo wymian gotówki nieuniknione. Wykupimy też jakieś dobre ubezpieczenie medyczne i OC. No i znajdziemy fajną ekipę która zechce z nami tą trasę drugim Żukiem zrobić;-)


czwartek, 22 stycznia 2015

Plany na Złombol 2015

Pierwsze emocje opadły, znamy kierunek Złombola, do startu pozostało ok. 200 dni i możemy w pełni świadomie rozpocząć przygotowania. Na początek niestety lekkim rozczarowaniem okazał się cel - jest nim przełęcz we włoskich Alpach - di Stelvio, którą miałem w planach w ubiegłym roku do zaliczenia podczas  poprzedniej edycji. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło...

Złombol 2015 jest krótszy o jeden dzień i 1000 km, za to bardziej wymagający dla ludzi i maszyn. Po analizie okazało się że to skrócenie dystansu i czasu nie jest takie złe, a i cel bardzo fajny, bo przecież w zeszłym roku nie udało nam się tej przełęczy przejechać (brakło czasu). Załoga jest zgrana, wiemy że jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą 5500 km i tyle chcemy zrobić tym razem w szesnaście dni!

Ułożyłem więc wstępny plan. Mając więcej doświadczenia nie byłem aż tak hurraoptymistyczny i nie planowałem 8000 km na 14 dni jak w roku ubiegłym;-) Za to wymyśliłem trasę przez szesnaście krajów, z przejazdem oprócz przełęczy di Stelvio, również przełęczy Transfogaraskiej w Rumunii. Te dwie trasy bowiem Jeremy Clarksson z Top Gear nazwał najpiękniejszymi drogami Europy - więc zaliczymy je obie na raz i porównamy. Zobaczymy też czy nas Żuk będzie na nich lepiej sobie radził niż pojazdy Clarkssona;-) Zainwestowałem w kamery i przygotujemy dużo fajnego materiału;-)

Stelvio:


Transfogaraska:

Rzućcie teraz okiem na ramową mapkę. Nie zwracajcie uwagi że pomijamy Mostar, czy inne warte uwagi miejsca - to tylko schemat zgrubny. 


Dla chętnych na głębsze analizy - link http://goo.gl/maps/9jlMf - pełna mapka z przybliżaniem itp. Zakładam że uda nam się przejechać całą trasę, biorę oczywiście pod uwagę jej ewentualne skrócenie, ale obie przełęcze są na niej bezwzględnie do zaliczenia;-) Maszyna nie wymaga większych nakładów, powinna dać radę bez atrakcji. W razie awarii - będziemy w krajach gdzie dosłanie części nie powinno być problemem, a znajdziemy tam niejednego zdolnego mechanika wychowanego na komunistycznej konieczności kombinowania. Damy radę...

Jednak bez drobnych przeróbek i usprawnień się nie obejdzie. Żuk z końcem marca wróci z zimowania do Warszawy i przejdzie drobną kurację. Podzieliłem ją na trzy etapy - to co trzeba, to co chyba się da i to co może zrobimy;-)

Co trzeba:

  • wymiana szpilek w przednim prawym kole, przełożenie felgi na zapas
  • reperaturka lub wymiana pompy hamulcowej
  • uszczelnienie wycieków z silnika/skrzyni i montaż pampersa
  • poprawki w elektryce
  • pełna blacha na bagażniku dachowym (dach tropikalny w pełnej wersji)
  • oświetlenie robocze dookoła pojazdu
  • sprzężenie halogenów dachowych ze światłami drogowymi z opcją szybkiego wyłączenia
  • naprawa smoka w zbiorniku paliwa
Co chyba się da:
  • dodatkowy zbiornik paliwa
  • montaż hamulca górskiego (przyda się bardzo)
  • obniżenie o połowę przegrody kabin i montaż obrotnic foteli przednich
  • montaż sprytnego stolika z tyłu
  • montaż haczyków na ubrania
Co może zrobię:
  • instalacja butli LPG do zasilania kuchenki i ogrzewania
  • montaż ogrzewania gazowego

środa, 22 października 2014

Weneckie zwiedzanie

Wenecja była jednym z naszych przystanków w podróży i to chyba tym najbardziej zapamiętanym i urzekającym, mimo krótkiego pobytu w niej. Wracając ze Złombola mieliśmy zaplanowanych kilka miejsc do spokojnego odwiedzenia i Wenecja była naszym ostatnim przystankiem. Dojechaliśmy rano na camping w Lido di Jesolo, rozbiliśmy obóz na puściutkim polu namiotowym między drzewami i po odpoczynku ruszyliśmy do Wenecji. Pojechaliśmy oczywiście Żukiem i wstępnie planowaliśmy zostawić go na kontynencie, na jednym z wielu parkingów, ale docelowo wjechaliśmy jednak do samej Wenecji po jedynej, prowadzącej doń grobli.

Zaraz na jej końcu znajduje się całkiem sporo parkingów i bez problemu moglibyśmy zaparkować, gdyby nie to że Żuk jest zbyt wysoki dla większości parkingów. Swoją drogą naprawdę wkurzało mnie to, że więcej płaci się za wyższe auto na autostradach, czy też nie zadaszonych parkingach - przecież miejsca zajmuje tyle samo co niskie auto. No nic, trochę się pokręciliśmy po parkingach szukając tego dla kamperów, na cyplu Tronchetto. Znaki meldowały że takowy jest, ale wjazd ciężko było znaleźć. Okazało się ze trzeba przejechać przez parking dla autokarów. Cena też niska nie była - 21 Eur za nasz wóz. Jednak podróż tramwajem wodnym to 14 Eur za osobę w obie strony, co przy naszej piątce daje 70 Eur - opłacało się więc przyjechać autem i zapłacić za parking.


Oczywiście podczas parkowania odkrywamy innego Żuka - zaprzyjaźnionej ekipy Żul Panter. Szybki telefon, okazuje się że już powoli wracają do swojego bolidu i ruszają do Polski. Dali nam kilka cennych informacji i ruszyliśmy na podbój miasta.



Z parkingu trzeba przejść krótki kawałek do czegoś co zwie się People Mover. To duża kolejka linowa na estakadzie, jeżdżąca wahadłowo pomiędzy aż trzema przystankami. Koszt podróży to 1,3 Eur w jedną stronę i lądujemy na "początku" Wenecji - Piazzale Roma. Obok jest dworzec kolejowy i Wielki Kanał. Jak każdy szanujący się turysta, odczuliśmy nieprzepartą chęć dojścia na plac Świętego Marka. Złapałem gdzieś kawałek internetu (niestety w Wenecji nie ma darmowego, miejskiego, trzeba czyhać na knajpiane bez skomplikowanego logowania), pobrałem nawigację Google na wspomniany plac i spokojnie ruszyliśmy.


Szliśmy przez wiele mostków bo Wenecja to 117 wysepek, oglądaliśmy rozmaite kamieniczki, zachwycaliśmy się autentyzmem miejsca i jego wielowiekowym istnieniem. Historię można było po prostu dotknąć i pomacać. Zachwyceni, z bananami na ustach, w małym zaułku wytropiliśmy uroczą pizzerię. Być w takim miejscu i nie zjeść pizzy? To byłoby karygodne. Kazdy z nas zamówił pożądany placek ze stosownymi ingrediencjami i po kilkunastu minutach pałaszowaliśmy jak wściekli;-) Zasadniczo większość ekipy stwierdziła że to najlepsza pizza w życiu i ja też się z tym zgadzam. Połączenie smaku i miejsca spożywania zrobiło swoje (pizza naprawdę była pyszna i doskonale zrobiona).


Posileni i nasączeni (karafka dobrego wina do pizzy) ruszyliśmy dalej szukać placu. Szliśmy i szliśmy próbując nawigować za pomocą Google Maps, ale również kierując się drogowskazami, bowiem w wąziutkich weneckich uliczkach nawigacja ordynarnie zawodziła. Po prostu wysokie budynki blokowały stały odczyt pozycji z GPS. Często trzeba było się zatrzymać i poczekać aż telefon złapie sygnał.


Wszystkie chyba budynki w Wenecji mają na parterach sklepy z ogromnymi witrynami. Mimo wieczoru większość z nich była czynna i mogliśmy zachwycać się różnorodnością towarów, w tym słynnym weneckim szkłem. Niestety sporo w Wenecji blaszanych bud (podobne do polskich "szczęk" bazarowych) wypełnionych rozmaita tandetą od patrzenia na którą pękają gałki oczne. Na nasze szczęście budy się zamykały dość sprawnie, dzięki czemu oszczędzono nam tortur wizualnych.


Urzekające były też rozmaite knajpki, gdzie ludzie na stojąco sączyli wina i inne alkohole, spokojnie rozmawiając. Za miejsca siedzące w wielu lokalach się dopłaca. Taki lokalny koloryt. Zjeść i wypić w Wenecji można chyba wszystko - były chińskie restauracje, pizzerie, zwykłe kebaby i ekskluzywne restauracje dla bardziej majętnych.


Szliśmy i szliśmy, aż nagle doszliśmy - kolejny zakręt i wychodzimy na plac św. Marka. Szczęka opada! Po spacerze tymi wąziutkimi zaułkami - nagle taka wielka przestrzeń. Mnóstwo ludzi, grająca na żywo muzyka, setki stolików przy lokalach, do tego idealna pogoda i urzekający wieczorny czas - czego chcieć więcej? Miejsce po prostu fantastyczne i niesamowite. Czuliśmy się jak w bajce;-)


Powrót był mniej więcej analogiczny - szliśmy wąziutkimi uliczkami i delektowaliśmy się widokiem kamieniczek, chłonęliśmy wieczorną atmosferę miasta i zdecydowanie zalecamy udać się do Wenecji właśnie w porze popołudniowej, aby zobaczyć jak fajnie wygląda w świetle dziennym i sztucznym. Zresztą Wenecję trzeba sobie zaplanować na kilka dni - jedno popołudnie to za mało... Kiedyś to jeszcze nadrobimy.


Co wiemy na pewno? Na pewno warto do Wenecji pojechać. To niewątpliwe;-) Z naszego doświadczenia i rozmów ze znajomymi którzy w Wenecji byli - warto jechać we wrześniu (lub przed sezonem - okolice maja/czerwca). Jest mniejsze szaleństwo z racji braku dziatwy w wieku szkolnym, ponadto nie śmierdzi z kanałów (bo jest chłodniej), ceny też są nieco niższe. Wiemy też już że nie ma co kombinować z parkingami, tylko pchać się w miasto i spokojnie zapłacić - wyjdzie taniej niż transport kombinowany z tanim parkingiem na kontynencie. Opcjonalnie - niedrogi hostel w samej Wenecji i dojazd koleją z kontynentu.



Wenecję zapisujemy w naszej pamięci jako miejsce niezwykłe, do ponownego odwiedzenia i dogłębnego zbadania;-)


piątek, 10 października 2014

Saint-Tropez w pigułce

Miejscowość Saint-Tropez została rozsławiona na całym świecie dzięki słynnemu filmowi komediowemu "Żandarm z Saint-Tropez" z Louisem de Funes w roli głównej. Film powstał w 1964 roku i od tamtej pory małe miasteczko stało się sporym ośrodkiem turystycznym, niestety nie najtańszym. 


Saint-Tropez ma bardzo ciekawe położenie, ponieważ leży "plecami" do Morza Śródziemnego i znajduje się nad niedużą zatoką o tej samej nazwie - Saint-Tropez. Oczywiście niesie to ze sobą również pewne niedogodności - w tym bardzo utrudniony dojazd i wyjazd.

Remont w całej okazałości

Zajrzeliśmy do Saint-Tropez w czasie powrotu do Polski w ramach rajdu Złombol. Chcieliśmy koniecznie postawić naszego Żuka przed słynnym "komisariatem", ale niestety w dniu naszej wizyty budynek otoczono sporej wysokości parkanem i przystąpiono do jego remontu.  Udało nam się jednak na chwilę wcisnąć za ogrodzenie i zrobić fotkę naszej ekipy ze słynnym budynkiem w tle. Załogi które zaliczały Saint-Tropez w drodze do Hiszpanii - bez problemu podjeżdżały i robiły fotkę. Nadrobimy następnym razem foto z autkiem;-)


Budynek jest (a teraz to pewnie "był") w dość słabym stanie technicznym, stąd decyzja o remoncie. Co ciekawe - tam nie ma posterunku Żandarmerii, filmowcom ten budynek widocznie bardziej się podobał niż rzeczywisty (a może chodziło o niekrępowanie pracy żandarmom). Prawdziwy posterunek jest jakieś 500 metrów dalej, w centrum miasteczka. 

Prawdziwy budynek Żandarmerii w Saint-Tropez

Filmowy budynek jest w miarę ładnie utrzymany od przodu, bo tył szału nie robi. Miejmy nadzieję że remont będzie kompleksowy i spowoduje że obiekt wyładnieje. Popatrzcie sami na tył - co ciekawe to właśnie tył jest widoczny z mariny;-)


Przed budynkiem znajduje się murowany kiosk z pamiątkami. Nie ma to jak robić biznes na Żandarmie przez tyle lat;-)


Saint-Tropez to nie jest jakaś wielka metropolia. Raczej niewielka mieścina, położona wśród wzgórz, z trudnym dojazdem i wyjazdem, bo jest tylko jedna, zdaje się że wiecznie zakorkowana droga. Nie ma jak jej objechać, czy też ominąć w sensowny sposób. Tak więc pakując się tam na zwiedzanie - zarezerwujcie sobie dobrą godzinę na wyjazd z powrotem. Samo obejście miasteczka zajmuje może ze dwie godziny, ale sądzę że warto się wybrać. Sporo fajnej architektury śródziemnomorskiej, ładnie wypełniona marina, gdzie kosztowne jachty robią spore wrażenie. Uprzedzam że miasto jest po prostu drogie. Wszystko kosztuje więcej niż gdzie indziej, bo to ukochany kurort ludzi majętnych, a sześć tysięcy stałych mieszkańców musi zarobić na cały rok podczas sezonu. Prawie jak nad Bałtykiem;-)


Bardzo ciekawy jest budynek kapitanatu portu - kamienna elewacja przyciąga wzrok, a nietypowa forma zapada w pamięć.


Wjeżdżając do Saint-Tropez pamiętajcie o płatnym parkowaniu. Bez większego problemu udało nam się zaparkować dwa Żuki i Wartburga na zwykłych miejscach dla aut osobowych, parkowanie najtańsze nie było - 3 Eur za godzinkę. Nie wiem jednak jak to wygląda w sezonie - może być dużo ciężej. Parkingów generalnie było sporo, ale miejsca zajęte. 


Udało mi się spotkać w Saint-Tropez dwie sztuki Citroena Mehari - kultowe auto z Żandarma. Jedno w świetnym stanie, prowadził pan w swetrze, a druga maszyna stała "porzucona" na parkingu - pająki robiły w niej swoje sieci. 


Wyjeżdżając już z Saint-Tropez warto zatrzymać się po drugiej stronie zatoki, w okolicy St. Maxime i popatrzeć jak malowniczo wygląda słynne miasteczko...


Dla miłośników dogłębnego zwiedzania kilka informacji dodatkowych. W Saint-Tropez znajduje się Muzeum Motyli i zawiera ok. 26 000 obiektów do oglądania. Mieści się przy 9 rue Etienne Bemy i jest czynne cały rok. Drugim ciekawym obiektem jest Cytadela ze znajdującym się w środku Muzeum Marynarki Wojennej. Czynne codziennie z wyjątkiem wtorków. W miasteczku jest też cała masa rozmaitych galerii prezentujących rozmaitą sztukę, w cenach zazwyczaj z kosmosu;-)

Podsumowując - jeśli ktoś chce poczuć klimat bogactwa, szpanu, luzu, pochodzić uliczkami gdzie przemieszczali się Brigitte Bardot, Mick Jagger, Bruce Willis, George Cloney i Jack Nicholson - to nie da się lepiej trafić;-)

Ads