Translate this blog

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2015

BB2016 - jest niebezpiecznie w Bamako

Wszyscy chyba słyszeli że 20 listopada w Bamako doszło do ataku na luksusowy hotel i wzięto zakładników. Specjalnie nie pisałem nic tuż po fakcie, czekając aż sytuacja się uspokoi i będą dostępne pełne dane (a przynajmniej pełniejsze). Cała operacja zakończyła się tego samego dnia, oficjalne dane mówią o 21 zabitych, w tym dwóch zamachowcach. Nic przyjemnego, ale oczywiście pojawiły się pytania o nasze bezpieczeństwo i chęć podróży w tamten rejon. I tutaj po chwili zastanowienia - nic się nie zmienia. 


Ktoś powie - przecież to głupota, możecie stracić życie, narażacie się na wielkie niebezpieczeństwo, nie prowokujcie sytuacji. Owszem, ryzykujemy, a Ty drogi przyjacielu spałeś na matematyce, kiedy o rachunku

piątek, 23 października 2015

Druga część filmu

Trochę to potrwało, bo materiału w sumie jakieś 400 GB, a z pomysłem na montaż ciężko;-) Szło mi jak po grudzie, nie mogłem się zebrać, ale jakoś w kilka dni udało się złożyć gotowy plik. Kilka ostatnich szlifów i oto gotowy film ujrzał światło dzienne. Nie jest może doskonały, w końcu jestem tylko amatorem, ale to film z naszej przygody i jej klimat miał oddać jak najlepiej. Mam nadzieję że ten cel został osiągnięty. Zapraszam do obejrzenia.



poniedziałek, 5 października 2015

Kraków i Wieliczka naszym okiem

Tym razem niestety nie Le Żukiem, a zwykłym autem odwiedziliśmy Kraków i Wieliczkę, ale po prostu mieliśmy zbyt mało czasu na samą podróż. Tym niemniej chcemy podzielić się z Wami naszymi doświadczeniami, bo w końcu to blog o podróżach realizowanych przez nas, a Grzmiący Rydwan to my;-) W bonusie - cała masa zdjęć. Zatem zaczynamy...




Wieliczka słynie z kopalni soli, to wie chyba każde dziecko, które nie rzucało kamieniami w swoją szkołę;-) Nie byliśmy oryginalni i nie szukaliśmy w Wieliczce nieodkrytych

czwartek, 24 września 2015

Czarnogóra

W czasie naszej tegorocznej podróży dookoła Bałkanów zaliczyliśmy kilkanaście różnych krajów. Czasem na chwilę, czasem na dzień, niestety rzadziej na dłużej (tylko Chorwacja doczekała się pełnych dwóch dni). Takie zwiedzanie jest nieco po łebkach, ale traktowaliśmy je jako rozpoznanie bojem, aby oznaczyć to co warto zobaczyć ponownie, dogłębniej i staranniej. Dlatego też staraliśmy się zobaczyć na raz jak najwięcej;-)

Przejście graniczne Chorwacja-Czarnogóra

                                              Przejście graniczne Chorwacja-Czarnogóra

Wjazd do Czarnogóry od Chorwacji, kawałek za Dubrownikiem. Bardzo dziwne przejście graniczne - bo mamy wrażenie że pas "ziemi niczyjej" ma 4 km. To złudzenie - wyjeżdża się bowiem z Chorwacji i jedzie wzdłuż (a nie w poprzek)

niedziela, 20 września 2015

Wenecja po raz drugi...

Tak się w sumie szczęśliwie złożyło że w tym roku znowu mieliśmy być w pobliżu Wenecji. Ubiegłoroczna wizyta urzekła nas wszystkich, czuliśmy potrzebę powtórzenia doznań;-) Ponieważ jeden z naszych załogantów odlatywał dwudziestego sierpnia rano do Niemiec - tak zaplanowałem "pozłombolową" trasę, abyśmy mogli znowu odwiedzić Wenecję. Wyszukałem camping pomiędzy groblą wenecką, a lotniskiem Marco Polo, które jest w sumie dość niedaleko, szybka rezerwacja parcelki i spokój - jedziemy na Złombol;-)


Złombol Złombolem, skończył się po czterech dniach;-) A my dotarliśmy na zarezerwowany camping popołudniem

środa, 2 września 2015

Złombol 2015 - relacja z całej wyprawy

Tegoroczny Złombol miał być dla naszej ekipy nieco innym wyzwaniem niż zeszłoroczny z kilku powodów. Po pierwsze wiedzieliśmy już jak to się odbywa, czego się spodziewać i jak dojechać do celu bez samodzielnie generowanych problemów, po drugie planowaliśmy znacznie dłuższą trasę niż wyznaczona przez orgów.  Ubiegłoroczne doświadczenie pozwalało nam pokusić się o zrobienie bardzo długiej trasy, na której chcieliśmy dużo zobaczyć (a właściwie to jak najwięcej;-). Plan zakładał przejechanie szesnastu krajów w szesnaście dni. Po kolei wyglądać miało to tak:

Czechy, Austria, Niemcy, Szwajcaria, Liechtenstein, Włochy, Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Albania, Macedonia, Bułgaria, Rumunia, Węgry, Słowacja.

Chwila przed startem

Przygotowania do wyprawy były proste, wiedzieliśmy co nam potrzebne, staraliśmy się wyeliminować błędy popełnione rok temu. Zmieniliśmy lodówkę na kompresorową, składane skrzynki na nieskładane (solidniejsze i lepsze), w Żuku pojawiły się haczyki na ubrania i stolik z przodu auta, a pod podłogą drugi zbiornik paliwa. To właściwie wszystko jeśli chodzi o wyposażenie;-)

Start z Warszawy do Katowic w dniu 14.08 wykonaliśmy z małym poślizgiem, ale zasadniczo był on wkalkulowany. Dojechaliśmy bez problemów w okolicy 19:00 i zarejestrowaliśmy się u organizatorów, z odbiorem naklejek. Spaliśmy w Chorzowie i rano w sobotę 15.08 stawiliśmy się na linii startu.


Ekscytacja nasza była nieco mniejsza niż rok temu, czuliśmy się starymi wyjadaczami, co nie znaczy że...

poniedziałek, 15 czerwca 2015

II Rajd Żuka - 13.06.2015

W zeszłym roku taka zacna inicjatywa jak rajd aut dostawczych, pod nazwą Rajd Żuka strasznie nas ucieszył, ale okazało się że termin pokrywa się ze Złombolem. Nie dało się tego pogodzić, więc niestety nas nie było. W tym roku pilnowaliśmy orgów aby nie skrzyżowali terminów i dali radę;-) Zatem my nie mogliśmy odpuścić...

Mazowsze to region kraju gdzie wychowała się prawie cała nasza załoga. Wiemy że jest płaskie i nudne. Nic fajnego na nim nie ma. I dzięki Rajdowi Żuka zrozumieliśmy w jakim błędzie byliśmy. Znakomicie wybrana trasa i mnóstwo pięknych widoków - to powodowało, że rozglądaliśmy się wokół siebie jakbyśmy pierwszy raz własny kraj na oczy widzieli. Naprawdę niesamowite miejsca są raptem 30 km od centrum stolicy. 

Rajd zaczynał się w Karczewie (gdzie jego start podłączono pod Dni Karczewa), na rynku przed dużą remizą. Przybyły auta dostawcze (bo to dla nich taki rajd), reprezentacja Żuków była bardzo duża - na oko stanowiły jakieś 60-70% uczestników. Poza nimi pojedyncze Nysy, Tarpany, Polonezy. Trafił się też Chevrolet ElCamino, Volkswagen T2 i Ford Transit.


Auta zjeżdżały się już od godziny ósmej, mimo że do startu było sporo czasu. Tłumnie oglądali je mieszkańcy Karczewa, a było na co popatrzeć. Niektóre pojazdy zachowane w stanie "jak z fabryki" (taka maszyna wygrała nagrodę Burmistrza Karczewa w konkursie elegancji), inne z kolei jakby dopiero co z pola przyjechały.








Po nasyceniu oczu nadszedł moment startu. Załogi wywoływano przez megafon i wypuszczano co minutę. Każda miała dokładny itinerer strzałkowy, kartę odpowiedzi i zestaw pytań i fotek. Start odbył się bardzo sprawnie i bez większych opóźnień.



Ruszyliśmy i my i to dość szybko - dostaliśmy bowiem numer 28 - taki sam jak na Złombolu;-) Na 87 załóg to całkiem niski numer, a więc i start dość szybko. Trasa na początku wiodła przez boczne uliczki Karczewa, ale niebawem opuściliśmy to gościnne miasteczko i pojechaliśmy w okolice Otwocka.



Pierwszy etap trwał około trzech godzin. Na trasie były punkty PKP gdzie można było wykazać się znajomością polskich utworów muzycznych, zbadać opuszczony i zapomniany cmentarz żydowski, zwiedzić muzeum, itd. Po drodze należało też odpowiedzieć na kilka pytań i odszukać wskazane na zdjęciach punkty. Trasa kończyła się przy zajeździe, gdzie oddawaliśmy kartę odpowiedzi i pobieraliśmy zestaw na drugi (dłuższy nieco) etap. W zajeździe odpoczęliśmy, zjedliśmy i ruszyliśmy dalej.


Drugi etap był organizacyjnie identyczny, trasa z itinererem, pytaniami i zdjęciami. Kolejne malownicze widoki, wąskie polne drogi, sporo szutrów. Żuk doskonale radził sobie z takim terenem, w końcu stworzono go w czasach kiedy takie drogi były normą;-)


Koniec imprezy miał miejsce w ośrodku wypoczynkowym Rudka. Tam każdy uczestnik dostał kiełbaskę z grilla, napój i czas na odpoczynek. W tym czasie organizatorzy podliczyli punkty i przygotowali ogłoszenie wyników. Nic nie zdobyliśmy (nie liczyliśmy zresztą na to;-), ale za to doskonale się bawiliśmy. Za rok Rajd Żuka to pozycja obowiązkowa w naszym kalendarzu.


Ogromne podziękowania i szacunek dla organizatorów - wszystko było na medal. Uczestnikom, czyli naszym konkurentom, również dziękujemy za świetną zabawę.

Dla zainteresowanych nasz film z imprezy:


P.S. Wreszcie przetestowaliśmy prysznic. Woda zatankowana do pełna (zbiornik na dachu) dzień przed startem, miała więc czas na wstępne ogrzanie. Słońce w dniu rajdu smażyło bardzo konkretnie czego skutkiem była woda o temperaturze ok. 30 st. Celsjusza wieczorem po rajdzie. Kuciak się wykąpał i był bardzo zadowolony. Pozostał bardzo delikatny zapaszek ropy, ale tylko w wodzie. Po umyciu się w niej z mydłem - nie czuć już niczego. Okazuje się zatem że nie trzeba dorabiać grzania - samo słońce daje radę, a jedziemy w końcu na południe Europy...



niedziela, 7 czerwca 2015

Le Żuk na Mazurach

Mazury to region kraju który odwiedziłem dosłownie raz w życiu i było to 30 lat temu z okładem. Jakoś zawsze było mi tam nie po drodze (a blisko mam), nikogo z Mazur raczej nie znam, a na deser region kojarzył mi się z nudnym krajobrazem, czyli płasko i płaskie (z definicji)  jezioro od czasu do czasu. Pomysł pojechania narodził się spontanicznie, bo od wielu lat planowałem wizytę w Gierłoży, w Wilczym Szańcu, czyli słynnej polowej kwaterze Adolfa Hitlera i jego wiernych pachołków. 


Le Żuk zazwyczaj jest natychmiast gotowy do drogi, wystarczyło więc wrzucić do niego trochę piwa i jedzenia, oraz umyte naczynia i sztućce;-) Pojechaliśmy niepełnym składem Złombolowym, w sumie w trzy osoby. Pogoda dopisała perfekcyjnie - cały czas mieliśmy słońce i to słońce ciepłe. W Żuku tradycyjnie nie było gorąco z racji pełnej izolacji termicznej. 


Dojazd do Kętrzyna zajął 3 godziny z hakiem, nigdzie nam się bowiem nie spieszyło, a do przejechania raptem 250 km. Na miejscu, w Gierłoży, tuż przy Wilczym Szańcu znajduje się pole namiotowe. Wjazd na nie wiąże się z koniecznością zakupienia od razu biletów do zwiedzania obiektów wojskowych - koszt to 10 zł od osoby. Pole nie jest duże, ale ma przyłącza prądowe i wodne dla kilku kamperów. Na miejscu, w budynku hotelu i restauracji jest pełen węzeł sanitarny. Jako że dotarliśmy do celu pod wieczór - zajęliśmy się obozowaniem, zwiedzanie odkładając na rano, ale jeśli ktoś ma ochotę to może zwiedzać kiedy tylko sobie wymarzy. 

Noc nie była najcieplejsza, ale wyspaliśmy się fantastycznie w hamakach, tym razem doposażonych w ocieplacze. To jeszcze nie jest sezon na spanie bez nich;-) Po śniadaniu i zwinięciu obozu - udaliśmy się na oglądanie interesujących nas bunkrów. Wszystkie co do jednego zostały przez Niemców wysadzone, stąd nie da się ich "zwiedzić" kompleksowo. Tym niemniej warto zwrócić uwagę na budynek hotelu i restauracji - to jedyny duży obiekt oryginalny który ocalał i do tego nadal jest wykorzystywany. Bunkry robią wrażenie mimo zniszczenia, bowiem po pierwsze doskonale widać grubość ścian i stropów, oraz pręty zbrojeniowe, a po drugie świadomość że do ich zniszczenia zużywano ok. 8-10 ton trotylu (na jeden obiekt) działa na wyobraźnię. Obiekty tego typu są zasadniczo niezniszczalne przy ataku z zewnątrz, tak je bowiem skonstruowano, ale eksplozja dużej ilości materiałów wybuchowych wewnątrz - rozrywała je na kawałki (takie wieeelkie).


Zdjęć zrobiliśmy całkiem sporo, ale niestety aparat nie "widzi" tak jak ludzkie oko. Ciężko wyłapać na zdjęciu co jest fragmentem bunkra, a co kawałkiem przyrody. Dlatego raczej polecamy obejrzenie filmu który jest na końcu, a najbardziej zalecamy osobistą wizytę w tamtym rejonie;-)

Największym bunkrem był ten w którym mieszkał sam führer. Początkowo całą kwaterę budowano jako obiekt tymczasowy, bowiem niezwyciężona armia niemiecka miała wdzierać się w głąb Rosji nieustannie, aż do Kamczatki. Stąd zachodziła konieczność przenoszenia kwatery wraz z postępującym frontem. Jednak Stalin nie okazał zrozumienia dla tej strategii i powstrzymał atak, a następnie zaczął wypierać Niemców z terytorium Rosji. Dlatego też kwatera w Gierłoży została ufortyfikowana, a pierwotnie lekkie budynki drewniane - zamienione na murowane, oraz dodano bunkry które systematycznie wzmacniano.


Nieco zasmucił nas fakt że żadnego bunkra nie da się zwiedzić dogłębnie, dlatego też aby mieć pełnię doznań - ruszyliśmy do Mamerek. Tam znajdują się niemal identyczne obiekty, niezniszczone przez Niemców, bo opuścili je w pośpiechu i po prostu brakło czasu. W Mamerkach znajdowało się dowództwo Wehrmachtu, służył tam przez kilka lat pułkownik Claus von Stauffenberg znany z przeprowadzenia zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu. 

Cała kwatera w Mamerkach z jednej strony nas rozczarowała - wstęp 15 zł od osoby i niestety bunkry wypełnione "rekonstrukcją" - czyli pozbierane stare polskie i radzieckie łącznice polowe, telefony, trochę innego badziewia, parę stołów i krzeseł, kilka manekinów w niemieckich mundurach i wielkie halo gotowe. Niestety bunkry nie są obecnie wentylowane, panuje w nich kosmiczna wilgotność i wszystko butwieje lub koroduje. Do tego kiepskie oświetlenie żeby tej ogólnej nędzy nie było widać. Szału nie ma, ale same obiekty militarne są bardzo ciekawe i dają doskonały pogląd na to jak wyglądał Wilczy Szaniec w czasach świetności. 

Następnym elementem do obejrzenia w Mamerkach jest "replika" U-boota. Słowo replika celowo wziąłem w cudzysłów. Niestety wygląda to żenująco słabo. Wykorzystano fragment podziemnego korytarza w jednym z budynków i wykonano tam coś co miało udawać niemiecki okręt podwodny. Jakość wykonania i użyte materiały - trzy z plusem. Plastikowe rurki hydrauliczne, styropian, koła pasowe od pralki automatycznej, polskie telefony polowe i trochę wydrukowanych plakatów to nie jest coś szałowego. Dzieciom może się podobać, niedoświadczonym dorosłym również. Komuś kto widział z bliska choćby czołg - raczej nie... O blaszanej atrapie kadłuba z kioskiem z litości nie wspomnę...

Szybko uciekliśmy z tego przybytku i ruszyliśmy w kilometrowy spacer aby odszukać w lesie pięć ciekawych bunkrów. Wszystkie zachowały się w nienaruszonym stanie (poza kradzieżą drzwi pancernych i wszelkich instalacji). Pamiętać trzeba że sztab zarówno tu w Mamerkach, jak i w Wilczym Szańcu nie pracował stale w bunkrach (umarliby na reumatyzm i klaustrofobię), do dyspozycji były bowiem wygodne drewniane (później murowane) budynki ze światłem dziennym i świeżym powietrzem. Bunkry stawiano obok na wypadek ataku lotniczego i w nich chronił się pracujący personel. 


Doznań militarystycznych mieliśmy już lekko dość, dlatego wybraliśmy się poszukać noclegu. Tutaj bardzo mile się zaskoczyliśmy - Camping nr 175 nad jeziorem Święcajty - cena to 10 zł od osoby, namiotu i auta - czyli razem pięć dych. Przyzwyczajeni do cen na zachodzie Europy spodziewaliśmy się wyższych cen. Camping nieco trącał PRL-em, ale malownicze położenie rekompensowało nam ten fakt. Zaliczyliśmy kolejną noc w hamakach, a od rana delektowaliśmy się widokiem jeziora i jachtów i motorówek na nim. 


Plan zakładał powolny powrót do Warszawy, z nakręceniem potrzebnych do filmu z wyjazdu przebitek. Dlatego też wypatrywaliśmy malowniczych dróg wśród pól, łąk i lasów, aby jak najlepiej pokazać piękno tego regionu. Przy okazji natknęliśmy się na wysadzony bunkier Himmlera - obiekt podobny do tych z Gierłoży i Mamerek.


Podsumowując naszą spontaniczną i niezbyt długą wyprawę - Mazury zdecydowanie na plus. Poza powierzchnią jezior - nie jest tam wcale płasko i nudno (jak na Mazowszu) tylko mile pagórkowato. Drogi wiją się między jeziorami, po groblach, mostkach, przez malownicze lasy i pola - jest po prostu pięknie i warto się wybrać!

Film który nakręciliśmy:

poniedziałek, 25 maja 2015

Le Żuk w Górach Świętokrzyskich

W ramach samodoskonalenia i rozwoju techniki jazdy - postanowiłem nauczyć się prowadzić pojazd po bezdrożach. Praktyczna nauka maszyną 4x4 na szkoleniowym torze, a potem nieco zabawy w lekkim terenie. Jednakże celem najważniejszym było połączenie pewnych technik z prowadzeniem Żuka po szutrach. Na razie nie ma bowiem napędu na 4 kapcie, ale czeka go mały przeszczep kiedyś;-) Plan na ten rok zakłada przejechanie kilku ciekawych miejsc Bałkanów, a nie wszędzie dojedziemy asfaltem, stąd konieczność pobrania nauk. 

Pojechaliśmy Le Żukiem w Góry Świętokrzyskie, do zaprzyjaźnionej bazy offroadowej Camp 4x4 i tam przeprowadziliśmy całe zamierzenie;-) Była to nasza pierwsza wizyta, ale już wiemy że nie ostatnia, bo świetnie jeździ się Żukiem w takich warunkach. Przede wszystkim zaprocentował ubiegłoroczny wybór opon typu AT (AllTerrain), które świetnie spisywały się na Złombolowych asfaltach, a teraz własnie pokazały pazur w błocie. Bowiem niestety padało i padało. Lessowe gleby wymieszane z deszczówką zamieniały się w brązowy ił który zaklejał wszystko;-) 


Żuk zrobił trochę zjazdów i podjazdów, tylko raz się wkopał, ale wystarczyło zwykłe wypchnięcie. Cały czas mieliśmy asystę minimum jednego (a momentami i trzech) auta z napędem na 4 koła, ale poza pokazywaniem trasy - nie musiały nas ratować.


Zobaczyliśmy przepiękne formy skalne, wspaniałe wąwozy, fajne szutrowe drogi, w sumie dużo świetnych doznań. Na Żuku zainstalowaliśmy dwie kamery (plus jedna w dłoniach operatora;-), z których wyszedł chyba nawet fajny film - możecie to ocenić sami;-) Jak się podoba to prosimy łapkę w górę...



Jeździliśmy i jeździliśmy nie mogąc nacieszyć oczu kolorami, widokami, drogami, zwierzyną, drzewami i górami;-)



Co jeszcze robiliśmy? Spaliśmy w naszych ukochanych hamakach, testując przy okazji underblanket, czyli szczątkową kołdrę, podwieszaną pod hamakiem. Zapewnia ona sen w ciepełku, bez konieczności walki z karimatą. I okazało się to prawdą;-) Underblanket działa doskonale i bardzo się przyda na tegorocznym Złombolu.


Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na nas Camp 4x4 - czysto, fajne wyposażenie, jak ktoś lubi spanie w pokojach - to są takowe do dyspozycji, kto zaś woli namiot (lub hamak) - ma wybór między polem namiotowym a stodołą;-)


Od Warszawy to w sumie jakieś 180 km w jedną stronę, a dla miłośników kiczu jest duża atrakcja - betonowy Tupolew prezydencki - w odległości ledwie kilku kilometrów. Jest na co popatrzeć, a oczy pękają same... Niestety stężenie kiczu jest po prostu potworne...




środa, 6 maja 2015

Szukamy partnera Złombolowego

Mamy szerokie plany na to co chcemy robić po Złombolu, o czym zresztą wstępnie wspominaliśmy w tym poście - http://grzmiacyrydwan.blogspot.com/2015/01/klarowanie-trasy.html. Zasadniczo nic nam się nie zmieniło, nadal chcemy ją zrealizować. Aby jednak wyprawa była pełniejsza, fajniejsza, bardziej wow, super i co tam jeszcze - szukamy załogi która z nami pojedzie. I teraz będzie coś na kształt ogłoszenia matrymonialnego;-)

Termin od 15 do 31 sierpnia (z opcją powrotu o dwa dni wcześniej).
Kandydat idealny to ekipa pięciu, sześciu osób w średnim wieku, ale jako że nie jesteśmy starymi ramolami z naftaliną w kieszeniach - może to być ekipa młodzieży - najważniejsze aby nasze i Wasze fale, fluidy i feromony były na podobnym poziomie;-) Z racji bezpieczeństwa i komfortu podróży preferujemy załogę z Żukiem dieslem (Andoria), lub benzynką, ostatecznie Nysa. Chodzi o zapewnienie kompatybilności części, aby każda załoga nie wiozła diabli wiedzą ile gratów. 

Chcemy razem dobrze się bawić i sprawnie przemieszczać, jeśli więc umiecie się w kilkanaście minut skrzyknąć, nie marudzicie na każdym postoju w toaletach i sklepach, oraz błyskiem rozkładacie i zwijacie obóz - to będziemy do Was, a Wy do nas pasować;-) Kolor skóry, używany język, preferencje żywieniowe i seksualne nas nie interesują - akceptujemy po prostu fajnych ludzi;-)

Jeżeli więc jakaś załoga uważa że nasz plan jest fajny (a nie jest on w 100% sztywny, podlegał będzie spontanicznym modyfikacjom) i chce z nami pojechać - niech pisze w komentarzu namiar na siebie - odezwiemy się. 

Na zakończenie - fotka Żuka w Andorze z ubiegłorocznego Złombola;-)


środa, 28 stycznia 2015

Klarowanie trasy

Wstępnie rozpisałem trasę na 15 dni (bez dni odpoczynku). Zawiera ona etapy o różnych długościach, starałem się nie przekraczać 500 km na dzień bo to bywa mordęgą. W zapasie mam dwa dni, możemy też któryś etap "pożreć" robiąc go dodatkowo po kawałku przez dwa dni, co da nam kolejny dzień wolny. Trasa jest nieco na styk, w razie konieczności obetnę z niej z żalem Albanię z Macedonią. Zdecydowanie chcemy zaliczyć w jednej podróży trzy słynne drogi - czyli przełęcz di Stelvio (to akurat proste bo tam meta Złombola), trasę Transfăgărășan  i Transalpinę w Rumunii. Do tego pobyczymy się na plaży, zwiedzimy Wenecję (po raz drugi;-) i zobaczymy dużo krajów. Nie mamy na razie precyzyjnych planów typu - to muzeum, tamten most i to cudowne jezioro. Będziemy jak w roku ubiegłym brali to co jest i cieszyli oczy widokami. 

Trasa zatem przedstawia się na ta chwilę tak: 


Podzielona wstępnie na dni:

Dzień podróżyDataDystans dziennyCel
114.08296Dojazd do Katowic
215.08387Wiedeń (Austria)
316.08622Bregencja (Austria)
417.08118Davos (Szwajcaria)
518.08224Colico Piano (Włochy)
619.08202Prad am Stilfserjoch, (Włochy)
720.08Bankiet i przerwa na mecie
821.08376Wenecja (Włochy)
922.08557Split (Chorwacja)
1023.08381Bar (Czarnogóra)
1124.08271Ohrid (Macedonia) przez Albanię i Tiranę
1225.08407Okolice Sofii w Bułgarii
1326.08533Bradu (Rumunia) - Transfăgărășan 
1427.08436Zalau (Rumunia) - Transalpina
1528.08434Nowy Sącz przez Satoraljaujhely (Węgry)
1629.08367Warszawa
1730.08rezerwa
1831.08rezerwa
5611

Zobaczymy co uda nam się zrealizować, trasa trudna, wymagająca, ale realna. Cenowo przy założeniu ok. 5 zł za litr ON - wydamy na tej trasie ok. 2800 zł. Liczę mocno na to że jak zjedziemy z Włoch w dół - zrobi się nieco taniej z jedzeniem i paliwem, co powinno nam pozwolić na nieograniczone obżerania się w przydrożnych karczmach z prawdziwym regionalnym jedzeniem. W Barcelonie jeden taki wypad potrafił kosztować 120 Euro za pięć osób, a wcale nie pękaliśmy z przejedzenia;-)

Przygotować musimy tym razem paszporty, bo po drodze kilka nieunijnych krajów. Do tego czeka nas nieco trudniejsze rozliczenie bo nie wszędzie będzie Euro - sporo wymian gotówki nieuniknione. Wykupimy też jakieś dobre ubezpieczenie medyczne i OC. No i znajdziemy fajną ekipę która zechce z nami tą trasę drugim Żukiem zrobić;-)


środa, 22 października 2014

Weneckie zwiedzanie

Wenecja była jednym z naszych przystanków w podróży i to chyba tym najbardziej zapamiętanym i urzekającym, mimo krótkiego pobytu w niej. Wracając ze Złombola mieliśmy zaplanowanych kilka miejsc do spokojnego odwiedzenia i Wenecja była naszym ostatnim przystankiem. Dojechaliśmy rano na camping w Lido di Jesolo, rozbiliśmy obóz na puściutkim polu namiotowym między drzewami i po odpoczynku ruszyliśmy do Wenecji. Pojechaliśmy oczywiście Żukiem i wstępnie planowaliśmy zostawić go na kontynencie, na jednym z wielu parkingów, ale docelowo wjechaliśmy jednak do samej Wenecji po jedynej, prowadzącej doń grobli.

Zaraz na jej końcu znajduje się całkiem sporo parkingów i bez problemu moglibyśmy zaparkować, gdyby nie to że Żuk jest zbyt wysoki dla większości parkingów. Swoją drogą naprawdę wkurzało mnie to, że więcej płaci się za wyższe auto na autostradach, czy też nie zadaszonych parkingach - przecież miejsca zajmuje tyle samo co niskie auto. No nic, trochę się pokręciliśmy po parkingach szukając tego dla kamperów, na cyplu Tronchetto. Znaki meldowały że takowy jest, ale wjazd ciężko było znaleźć. Okazało się ze trzeba przejechać przez parking dla autokarów. Cena też niska nie była - 21 Eur za nasz wóz. Jednak podróż tramwajem wodnym to 14 Eur za osobę w obie strony, co przy naszej piątce daje 70 Eur - opłacało się więc przyjechać autem i zapłacić za parking.


Oczywiście podczas parkowania odkrywamy innego Żuka - zaprzyjaźnionej ekipy Żul Panter. Szybki telefon, okazuje się że już powoli wracają do swojego bolidu i ruszają do Polski. Dali nam kilka cennych informacji i ruszyliśmy na podbój miasta.



Z parkingu trzeba przejść krótki kawałek do czegoś co zwie się People Mover. To duża kolejka linowa na estakadzie, jeżdżąca wahadłowo pomiędzy aż trzema przystankami. Koszt podróży to 1,3 Eur w jedną stronę i lądujemy na "początku" Wenecji - Piazzale Roma. Obok jest dworzec kolejowy i Wielki Kanał. Jak każdy szanujący się turysta, odczuliśmy nieprzepartą chęć dojścia na plac Świętego Marka. Złapałem gdzieś kawałek internetu (niestety w Wenecji nie ma darmowego, miejskiego, trzeba czyhać na knajpiane bez skomplikowanego logowania), pobrałem nawigację Google na wspomniany plac i spokojnie ruszyliśmy.


Szliśmy przez wiele mostków bo Wenecja to 117 wysepek, oglądaliśmy rozmaite kamieniczki, zachwycaliśmy się autentyzmem miejsca i jego wielowiekowym istnieniem. Historię można było po prostu dotknąć i pomacać. Zachwyceni, z bananami na ustach, w małym zaułku wytropiliśmy uroczą pizzerię. Być w takim miejscu i nie zjeść pizzy? To byłoby karygodne. Kazdy z nas zamówił pożądany placek ze stosownymi ingrediencjami i po kilkunastu minutach pałaszowaliśmy jak wściekli;-) Zasadniczo większość ekipy stwierdziła że to najlepsza pizza w życiu i ja też się z tym zgadzam. Połączenie smaku i miejsca spożywania zrobiło swoje (pizza naprawdę była pyszna i doskonale zrobiona).


Posileni i nasączeni (karafka dobrego wina do pizzy) ruszyliśmy dalej szukać placu. Szliśmy i szliśmy próbując nawigować za pomocą Google Maps, ale również kierując się drogowskazami, bowiem w wąziutkich weneckich uliczkach nawigacja ordynarnie zawodziła. Po prostu wysokie budynki blokowały stały odczyt pozycji z GPS. Często trzeba było się zatrzymać i poczekać aż telefon złapie sygnał.


Wszystkie chyba budynki w Wenecji mają na parterach sklepy z ogromnymi witrynami. Mimo wieczoru większość z nich była czynna i mogliśmy zachwycać się różnorodnością towarów, w tym słynnym weneckim szkłem. Niestety sporo w Wenecji blaszanych bud (podobne do polskich "szczęk" bazarowych) wypełnionych rozmaita tandetą od patrzenia na którą pękają gałki oczne. Na nasze szczęście budy się zamykały dość sprawnie, dzięki czemu oszczędzono nam tortur wizualnych.


Urzekające były też rozmaite knajpki, gdzie ludzie na stojąco sączyli wina i inne alkohole, spokojnie rozmawiając. Za miejsca siedzące w wielu lokalach się dopłaca. Taki lokalny koloryt. Zjeść i wypić w Wenecji można chyba wszystko - były chińskie restauracje, pizzerie, zwykłe kebaby i ekskluzywne restauracje dla bardziej majętnych.


Szliśmy i szliśmy, aż nagle doszliśmy - kolejny zakręt i wychodzimy na plac św. Marka. Szczęka opada! Po spacerze tymi wąziutkimi zaułkami - nagle taka wielka przestrzeń. Mnóstwo ludzi, grająca na żywo muzyka, setki stolików przy lokalach, do tego idealna pogoda i urzekający wieczorny czas - czego chcieć więcej? Miejsce po prostu fantastyczne i niesamowite. Czuliśmy się jak w bajce;-)


Powrót był mniej więcej analogiczny - szliśmy wąziutkimi uliczkami i delektowaliśmy się widokiem kamieniczek, chłonęliśmy wieczorną atmosferę miasta i zdecydowanie zalecamy udać się do Wenecji właśnie w porze popołudniowej, aby zobaczyć jak fajnie wygląda w świetle dziennym i sztucznym. Zresztą Wenecję trzeba sobie zaplanować na kilka dni - jedno popołudnie to za mało... Kiedyś to jeszcze nadrobimy.


Co wiemy na pewno? Na pewno warto do Wenecji pojechać. To niewątpliwe;-) Z naszego doświadczenia i rozmów ze znajomymi którzy w Wenecji byli - warto jechać we wrześniu (lub przed sezonem - okolice maja/czerwca). Jest mniejsze szaleństwo z racji braku dziatwy w wieku szkolnym, ponadto nie śmierdzi z kanałów (bo jest chłodniej), ceny też są nieco niższe. Wiemy też już że nie ma co kombinować z parkingami, tylko pchać się w miasto i spokojnie zapłacić - wyjdzie taniej niż transport kombinowany z tanim parkingiem na kontynencie. Opcjonalnie - niedrogi hostel w samej Wenecji i dojazd koleją z kontynentu.



Wenecję zapisujemy w naszej pamięci jako miejsce niezwykłe, do ponownego odwiedzenia i dogłębnego zbadania;-)


piątek, 10 października 2014

Saint-Tropez w pigułce

Miejscowość Saint-Tropez została rozsławiona na całym świecie dzięki słynnemu filmowi komediowemu "Żandarm z Saint-Tropez" z Louisem de Funes w roli głównej. Film powstał w 1964 roku i od tamtej pory małe miasteczko stało się sporym ośrodkiem turystycznym, niestety nie najtańszym. 


Saint-Tropez ma bardzo ciekawe położenie, ponieważ leży "plecami" do Morza Śródziemnego i znajduje się nad niedużą zatoką o tej samej nazwie - Saint-Tropez. Oczywiście niesie to ze sobą również pewne niedogodności - w tym bardzo utrudniony dojazd i wyjazd.

Remont w całej okazałości

Zajrzeliśmy do Saint-Tropez w czasie powrotu do Polski w ramach rajdu Złombol. Chcieliśmy koniecznie postawić naszego Żuka przed słynnym "komisariatem", ale niestety w dniu naszej wizyty budynek otoczono sporej wysokości parkanem i przystąpiono do jego remontu.  Udało nam się jednak na chwilę wcisnąć za ogrodzenie i zrobić fotkę naszej ekipy ze słynnym budynkiem w tle. Załogi które zaliczały Saint-Tropez w drodze do Hiszpanii - bez problemu podjeżdżały i robiły fotkę. Nadrobimy następnym razem foto z autkiem;-)


Budynek jest (a teraz to pewnie "był") w dość słabym stanie technicznym, stąd decyzja o remoncie. Co ciekawe - tam nie ma posterunku Żandarmerii, filmowcom ten budynek widocznie bardziej się podobał niż rzeczywisty (a może chodziło o niekrępowanie pracy żandarmom). Prawdziwy posterunek jest jakieś 500 metrów dalej, w centrum miasteczka. 

Prawdziwy budynek Żandarmerii w Saint-Tropez

Filmowy budynek jest w miarę ładnie utrzymany od przodu, bo tył szału nie robi. Miejmy nadzieję że remont będzie kompleksowy i spowoduje że obiekt wyładnieje. Popatrzcie sami na tył - co ciekawe to właśnie tył jest widoczny z mariny;-)


Przed budynkiem znajduje się murowany kiosk z pamiątkami. Nie ma to jak robić biznes na Żandarmie przez tyle lat;-)


Saint-Tropez to nie jest jakaś wielka metropolia. Raczej niewielka mieścina, położona wśród wzgórz, z trudnym dojazdem i wyjazdem, bo jest tylko jedna, zdaje się że wiecznie zakorkowana droga. Nie ma jak jej objechać, czy też ominąć w sensowny sposób. Tak więc pakując się tam na zwiedzanie - zarezerwujcie sobie dobrą godzinę na wyjazd z powrotem. Samo obejście miasteczka zajmuje może ze dwie godziny, ale sądzę że warto się wybrać. Sporo fajnej architektury śródziemnomorskiej, ładnie wypełniona marina, gdzie kosztowne jachty robią spore wrażenie. Uprzedzam że miasto jest po prostu drogie. Wszystko kosztuje więcej niż gdzie indziej, bo to ukochany kurort ludzi majętnych, a sześć tysięcy stałych mieszkańców musi zarobić na cały rok podczas sezonu. Prawie jak nad Bałtykiem;-)


Bardzo ciekawy jest budynek kapitanatu portu - kamienna elewacja przyciąga wzrok, a nietypowa forma zapada w pamięć.


Wjeżdżając do Saint-Tropez pamiętajcie o płatnym parkowaniu. Bez większego problemu udało nam się zaparkować dwa Żuki i Wartburga na zwykłych miejscach dla aut osobowych, parkowanie najtańsze nie było - 3 Eur za godzinkę. Nie wiem jednak jak to wygląda w sezonie - może być dużo ciężej. Parkingów generalnie było sporo, ale miejsca zajęte. 


Udało mi się spotkać w Saint-Tropez dwie sztuki Citroena Mehari - kultowe auto z Żandarma. Jedno w świetnym stanie, prowadził pan w swetrze, a druga maszyna stała "porzucona" na parkingu - pająki robiły w niej swoje sieci. 


Wyjeżdżając już z Saint-Tropez warto zatrzymać się po drugiej stronie zatoki, w okolicy St. Maxime i popatrzeć jak malowniczo wygląda słynne miasteczko...


Dla miłośników dogłębnego zwiedzania kilka informacji dodatkowych. W Saint-Tropez znajduje się Muzeum Motyli i zawiera ok. 26 000 obiektów do oglądania. Mieści się przy 9 rue Etienne Bemy i jest czynne cały rok. Drugim ciekawym obiektem jest Cytadela ze znajdującym się w środku Muzeum Marynarki Wojennej. Czynne codziennie z wyjątkiem wtorków. W miasteczku jest też cała masa rozmaitych galerii prezentujących rozmaitą sztukę, w cenach zazwyczaj z kosmosu;-)

Podsumowując - jeśli ktoś chce poczuć klimat bogactwa, szpanu, luzu, pochodzić uliczkami gdzie przemieszczali się Brigitte Bardot, Mick Jagger, Bruce Willis, George Cloney i Jack Nicholson - to nie da się lepiej trafić;-)

Ads