Translate this blog

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prysznic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prysznic. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2014

Powyjazdowe technikalia

Nasza podróż to już niestety historia. Tym niemniej konieczne staje się pewne techniczne podsumowanie wyprawy, być może nasze wnioski przydadzą się komuś, kto planuje swoją. Zacznę od zestawu wielu liczb;)

Przejechaliśmy w sumie 5497 km (pomiar wg GPS obsługiwanego przez Tmatic). Zajęło nam to dwa pełne tygodnie niemal co do godziny. Startowaliśmy i kończyliśmy z tego samego miejsca - France Automobiles Service przy Zagójskiej 7a w Warszawie. To tam bowiem powstał Le Żuk v. 1.0. Numerek sugeruje że coś się wydarzy, ale nie uprzedzajmy faktów.

Totalnie nie wiemy ile spaliliśmy ogólnie paliwa, bo nie chciało nam się prowadzić aż tak ścisłych notatek, dokonaliśmy tylko kalibracji licznika kilometrów wg wskazań GPS - przelicznik wyniósł 1,61. Stosując tenże przelicznik, spisywaliśmy czasem stan licznika kilometrów i wyliczaliśmy zużycie paliwa. Najniższe uzyskane to 8,8 l / 100 km - jazda autostradą z prędkością 65-75 km/h bo jechał za nami wolniejszy Żuk. Najwyższe zużycie to 12,5 l / 100 km - kiedy pędziliśmy przez Austrię stówką. Średnie zużycie oceniamy na jakieś 11 l / 100 km - co jak na ważące 2,5 tony auto jest wynikiem doskonałym.

Żuk spalił około jednego litra oleju na całej tej trasie. Jak na silnik o dość starej konstrukcji, a do tego pracujący podczas wyprawy w dość ekstremalny sposób - wynik uważamy za wręcz cudowny;-) Nie kopcił zupełnie, poza momentem rozruchu na zimno. Potem z rury nie wydobywały się kłęby dymu, ani nieprzyjemny zapach palonej ropy. Płynu chłodniczego dolaliśmy ok. 0,5 litra. Poza tymi drobiazgami - inne płyny dolewane nie były.

Najwyższa zanotowana prędkość to 113 km/h (według GPS), osiągnięta na płaskim odcinku autostrady. Bez problemu rozwijaliśmy przelotową na poziomie 90 km/h, a po regulacji luzu w układzie kierowniczym wzrosła ona do 100 km/h. Średnia prędkość przez Austrię wyniosła 92 km/h. Przypominamy że fabryka w Lublinie określała maksymalną prędkość dla Żuka z Andorią na 95 km/h. Faktem jest że sporo dała nam skrzynia z Lublina, ale podejrzewamy też że nasz silnik nie był składany w poniedziałek i ma nieco więcej niż seryjne 70 KM. Szukamy hamowni gdzie zmieści się na wysokość, bo bardzo chcemy to sprawdzić.



Najwyższe wzniesienie na jakie jednorazowo wjechaliśmy to górka niedaleko Arenzano we Włoszech. Na dystansie 950 metrów wznieśliśmy się z poziomu ok. 18 m npm, do 255 metrów. Nachylenie stoku wynosiło 18 stopni!



Najwyżej wjechaliśmy w Andorrze - na wysokość 2113 metrów. Całkowita suma podjazdów i zjazdów z tego dnia wyniosła 22483 metry pod górę i 22623 metry w dół! Średnia prędkość w górach oscylowała wokół 10 km/h.

Odwiedziliśmy dziewięć krajów, z czego ja sam po raz pierwszy sześć z nich. Reszta załogi różnie, ale każde z nas po raz pierwszy było w Andorrze.

Tyle liczb, a teraz nieco wniosków, konkluzji i sugestii;-) 

Na pewno zaprocentowało przygotowanie auta. Spisywało się bez zarzutu, nie zawiodło ani razu. Zawiedliśmy my sami, nie dokonując codziennych kontroli stanu auta - mogło nas to drogo kosztować - odkręciło się przednie koło. Na szczęście zdążyliśmy to wyłapać na czas, aczkolwiek uważam że zbyt późno. Felga raczej nadaje się tylko na zapas, wymienić trzeba też szpilki. Nauczka z tego płynąca to po pierwsze codzienna kontrola stanu dokręcenia kół (ważne przy takiej trasie), oraz w przypadku pojawienia się jakiegoś rezonansu - najpierw sprawdzić dokręcenie kół, a potem kombinować czy to może most, poduszki silnika, czy wał.


Niepotrzebny zupełnie okazał się prysznic na dachu. Spaliśmy na campingach gdzie ciepła woda była standardem, a jedyny camping na dziko wypadł w dość chłodny wieczór i nikt nie marzył o kąpieli w niezbyt ciepłej wodzie;-) W przypadku wyjazdu w południowe kierunki na terenie Europy - nie ma co go ze sobą zabierać. Nie znaczy to że się nie przyda oczywiście - po prostu nie przydał się nam, w tej wyprawie.

Zabrakło haczyków na ubrania w kabinie. Niby drobiazg, ale uciążliwy. Kilka bluz, polarów i innych części odzienia mogłoby wisieć, zamiast zajmować miejsce za fotelami. Ponadto zdecydowanie brakowało kilku podręcznych schowków z tyłu. Do dorobienia.

Nie przydały się zupełnie maszty i tarp do rozpinania w trybie obozowym - cały czas mieliśmy cień dawany przez drzewa, a deszczu w czasie obozowania nie było - stąd brak jego rozkładania. Gdybyśmy jednak mieli obozować gdzieś na dziko - byłby być może bardziej przydatny. Na pewno pojedzie na każdą inną wyprawę bo może się przydać, a jest dość uniwersalny.

Zmodyfikować musimy nieco wyposażenie campingowe - przyda się duży stół który łatwo się rozkłada. W czasie wyjazdu gdzie prawie codziennie składa się obóz nie mają zastosowania różne cuda campingowe typu polowa szafka kuchenna. Mieliśmy taką, ale nikomu nie chciało się jej rozkładać na jednodniowe obozy. Świetnie sprawdzała się natomiast na dłuższych postojach.


Znakomicie sprawdził się grill gazowy z Juli za 24 złote. To okrągła płyta metalowa kładziona na kuchence typu Camp Bistro. Pozwala natychmiast rozpocząć grillowanie mięsiwa, bez całego cyrku z rozpalaniem klasycznego grilla i dymem z niego. Co ważne - można jej użyć tam gdzie zwykłe grille są zakazane. Jedyną wadą jest zużycie gazu z puszek, ale coś za coś.



Czajnik Survival Kettle też okazał się nieoceniony. Tam gdzie pod dostatkiem było patyczków - gotowaliśmy w nim wodę. Gdzie patyczków brakowało - odrobina paliwa ZIP i papier z kartonów zapewniały wrzątek. Dzięki temu mogliśmy szaleć z grillem, bo oszczędzaliśmy gaz. Na zintegrowanej kuchence można było zaś spokojnie smażyć używając tego samego źródła ognia;-)



Spanie w hamakach to temat na całą opowieść. Generalnie budziliśmy się wyspani, bez odkrywania nowych ścięgien i mięśni. Żuk znakomicie sprawdził się w całej podróży jako jednostronna baza do podpięcia dwóch hamaków. Jedną noc spędziliśmy śpiąc między dwoma Żukami (z identycznymi bagażnikami), a jedną śpiąc tylko między drzewami. Pierwszych sześć nocy rozpinaliśmy tarp, bo pogoda była niepewna, ale wszystkie pozostałe spędzaliśmy bez ochrony przeciwdeszczowej.

Ponieważ jechaliśmy w pięć osób, a dwójka spała w hamakach - pozostała trójka nocowała w dużym namiocie Quechua z szybkim rozkładaniem. Był on nieco uciążliwy w transporcie bo zajmował sporo miejsca, ale dopracowaliśmy upychanie go pod dachem w bagażniku, a dzięki niemu codziennie oszczędzaliśmy ok. 10 Eur - bo ok. 5 Eur kosztowało średnio rozbicie jednego namiotu. Płaciliśmy więc za jeden a nie za trzy. Hamaki zupełnie wymykały się z opłaty i nikt nie żądał od nas kasy za ich rozwieszenie, nawet jeśli rozpięty nad nimi był tarp.

Nie udało nam się znaleźć załogi z którą dobrze podróżowało by się razem na całej trasie. Albo ich auto było za szybkie albo za wolne. Na pewnych odcinkach jechaliśmy z różnymi ekipami, ale najlepiej jechało się nam kiedy byliśmy sami i niezależni. Wówczas podejmowaliśmy różne szalone decyzje typu skok z Arenzano do Lloret de mar - 772 km, lub z Wenecji do domu - 1288 km.

Warto było zainwestować w nowe koła z ogumieniem. Wiele ekip miało problemy z kapciami, opony potrafiły eksplodować na trasie. U nas jedyne co trzeba było zrobić to eksperymentalnie dobrać ciśnienie w oponach. Z tyłu stanęło na 4,2 a z przodu na 2,8 atm. Przy takim ciśnieniu opony się praktycznie nie grzały i nie ulegały gwałtownemu zużyciu. Zdecydowanie w taką trasę nie wybralibyśmy się na słabych oponach wioząc bez sensu kilka zapasów. Mieliśmy dwa, nie przydał się żaden, w połowie drogi oddałem ten z podwozia innej załodze.

Dobrze sprawdziła się przetwornica 230V i przebudowana elektryka. Nie mieliśmy żadnych problemów z prądem, poza wywaleniem od czasu do czasu bezpiecznika automatycznego 15A na linii separatora. Był po prostu za słaby jak na lecące obciążenie. Zmienię go na większy i to wyeliminuje problem. Przydały się woltomierze cyfrowe, dzięki nim było cały czas widać czy system pracuje poprawnie.


Świetnie sprawdziła się nawigacja w tablecie, mimo że czasem próbowała wysłać nas w krzaki. Po oswojeniu się z jej narowami i głupimi pomysłami - bez problemu jechaliśmy przez Europę trafiając gdzie chcemy;-) Tablet był dobrze widoczny dla kierowcy i pilota, aczkolwiek brakowało lepszego odsłuchu komunikatów głosowych - był przygotowany głośnik obok głośnika od CB, ale niestety nie przewidziałem że wtyczka do tabletu jest zbyt długa i nie pozwoli go poprawnie umieścić w desce. Dlatego też kiedy słychać było że navi coś mamrocze - pilot i kierowca po prostu spoglądali na ekran i dociekali jaki manewr teraz wykonać;-)

Sprawdziło się znakomicie wygłuszenie maszyny. Pełne ściany poza izolacją akustyczną świetnie izolowały termicznie. W aucie nie było gorąco, słońce nie miało szans nagrzać go do absurdalnych temperatur, bo operowało tylko przez oszklenie. Warto było się pomęczyć z całą tą robotą - niepotrzebne były wiatraczki i inne cuda, w Żuku ciężko się było spocić;-)

Nie sprawdził się system audio. Mimo znakomitego dźwięku systemu i dobrego wyciszenia auta - nie dało się sensownie słuchać muzyki podczas jazdy. Owszem, słuchaliśmy, ale zawsze wtedy nie dało się już rozmawiać. Na postojach zaś delektowaliśmy się ciszą;-) Nic straconego jednak - jeszcze nadejdzie czas że słuchanie podczas jazdy będzie możliwe.

Po podsumowaniu całej imprezy zapadła decyzja o budowie Le Żuka v. 2.0. Już niebawem poznacie szczegóły;-)

czwartek, 4 września 2014

Prysznic skończony

Nie byłem zadowolony z wykonanego ostatnio prysznica i postanowiłem dokonać w nim kilku zmian. Po pierwsze problematyczne było otwieranie zaworu w zbiorniku - brak miejsca i mała dźwignia. Dorobiłem z paska aluminium gustowną, większą dźwignię i jest zdecydowanie lepiej. Po drugie problemem okazały się wężyki prysznicowe - mają one mały przekrój wewnętrzny i bez solidnego ciśnienia wody - ledwo kapała. 

Teraz woda leci nawet do góry;-)

W Żuku nie ma jakieś pompy  z potworną mocą - jest pompka z układu chłodzenia, potrafi ona co najwyżej wspomóc przepływ wody, ale nie daje dużego ciśnienia. Zatem zapadła decyzja o rezygnacji z klasycznych węży prysznicowych i został zastosowany półcalowy wąż ogrodowy. Na jego końcach dałem szybkozłączki, dzięki czemu można go szybko rozwinąć i wpiąć. Do tego przerobiłem przewód zasilający pompę, dodając mu po drodze konektor typu T. Przewód jest teraz wypinany i chowany razem z wężem.



Cała ta operacja dała kilka korzyści (poza lepszym ciśnieniem wody podczas kąpieli) - mamy ok. 10 metrów węża, dzięki czemu kabinę można przestawiać w kolejne miejsca, aby nie zrobić kosmicznego błota w jednym, oraz wąż pozwala tankować wodę do zbiornika bez konieczności wchodzenia na górę i odkręcania pokrywy zbiornika. Po prostu podpinamy wąż do kranu i ładujemy do pełna;-) 


Na deser wykonaliśmy gustowne mocowanie do węża, aby się nie zaginał. Dwa krążki od drutu z migomatu, parę blachowkrętów i gotowe. Tylne drzwi zostały oklejone wykładziną, tylko na pasie pod krążkami. Niżej wykładzina wisi swobodnie, bo w drzwiach znajduje się schowek na siekierę i inne duperele obozowe. Dolna krawędź wykładziny będzie mocowana rzepem, ale na razie wisi swobodnie i nieco jest pognieciona. Ułoży się sama;-) Prysznic jest gotowy;-)

Info dla tych co twierdzili że 80 litrów wody zrobi problem na dachu - nie zauważyłem najmniejszej różnicy w prowadzeniu auta, jest stabilne, nic nie chlupie i nie próbuje się oderwać;-)

piątek, 29 sierpnia 2014

Prysznic gotowy

Dzisiaj na dachu Żuka, na bagażniku wylądował zbiornik. Został zamocowany trzema pasami z grzechotkami, powinny spokojnie go utrzymać. Do dolnego zaworu podłączyłem kawałek gumowej rurki i ścisnąłem cybantem. Na drugim końcu rurki znalazła się pompa z układu chłodzenia. Jej zadaniem jest wspomożenie przepływu wody, nie chodzi o wytworzenie kosmicznego ciśnienia;-) Pompka zasilana będzie z gniazdka zapalniczki, znajdującego się w podstawie fotela pasażera.


Przypiąłem pompę wraz z wykonanym specjalnym króćcem, za pomocą trytytek do rurek bagażnika. Dzięki temu bardzo łatwo podłącza się wąż prysznica. Po analizie długości węża - muszę zastosować łącznik i dać dwa węże - będzie można wówczas odsunąć się z kabiną od auta. 


Pozostało założyć wtyk do zapalniczki na koniec przewodu i przetestować całość w terenie - co nastąpić ma podczas jutrzejszego, testowego wyjazdu w dzicz nad Narwią;-)

Zawory po regulacji pracują idealnie, silnik ma bardziej aksamitny dźwięk;-) Nie słychać klepania podczas przyspieszania - no ale jak się okazało - cztery miały spory luz. Przy okazji obróciłem też wał o 180 stopni bo podejrzewałem że drobne wibracje są od niego i jak się okazało podczas testów - miałem rację. Teraz jest zdecydowanie lepiej. 

Ciekawe jakie drobiazgi jeszcze wyjdą? 

środa, 27 sierpnia 2014

Szykujemy prysznic;-)

Trwają prace nad montażem prysznica w Żuku. Po długiej trasie, ciepły prysznic to miła rzecz, a musimy uwzględnić że po pierwsze campingi mogą nie przetrwać naszego najazdu (393 załogi, ponad 1000 luda!), po drugie planujemy później noclegi na dziko, a po trzecie niezależność jest ważna. Zatem prysznic być musi. Trochę móżdżenia i gotowa koncepcja w głowie powstała. Teraz przekuwamy ją na fizyczne rozwiązanie.

W magazynie znalazł się zbiornik paliwa od Lublina. Wykonany z polietylenu, lub polipropylenu. To takie miłe tworzywo które dość niechętnie pobiera zapachy z otoczenia i jest całkiem pancerne. Ropą śmierdzi bardzo delikatnie, ale zapach jest wyczuwalny. Zbiornik przechodzi więc cykl płukanek za pomocą różnych detergentów. Woda która się z niego wylewa - nie śmierdzi wcale niczym, ale ile się da - tyle będę płukał;-) Zbiornik ma pojemność 85 litrów i jest cały czarny - słońce za darmo podgrzeje nam wodę;-)


W zbiorniku zamontuję zawór wypływowy ze złączką do prysznica. Pomiędzy samą słuchawką prysznicową a jej wężykiem wstawiłem drugi zawór - dzięki czemu podczas kąpieli będzie można w każdej chwili zamknąć dopływ wody. W roli kabiny prysznicowej wystąpi zakupiony w Decathlonie specjalny "namiot" - taki dokładnie. Pozwala on na wygodną kąpiel bądź dyskretne przebranie się i nie warto przy tej cenie robić własnego rozwiązania, bo namioty Quechua są szybkie w rozkładaniu i składaniu - żaden home made patent ich nie przebije.

Zbiornik znajdzie swoje miejsce na bagażniku dachowym, zamocowany taśmami bagażowymi. Do tankowania zabieramy kanister 20l, w którym przechowywać będziemy wodę do picia, lub/i/oraz wąż ogrodniczy o długości ok. 6 metrów. Kiedy napotkamy jakiś kran - zakładamy wąż na niego, drugi koniec do zbiornika i jazda do pełna. A jak kranu dogodnego do podjechania nie będzie - uzupełnimy wodę kanistrem. 

Na deser - kolejny darczyńca naszej załogi. Tym razem to WideoRejestratory24.pl - sklep z rozmaitymi kamerami samochodowymi, sportowymi i akcesoriami do nich. Dobre ceny, świetna oferta i pamiętajcie - wpłacili kasę dla dzieci;-)


Miejsca na Grzmiącym  Rydwanie już nie ma...

Ads